RSS
 

Prawielimo, żelazko i zakończenie roku, czyli dziwne wypadki naszej matki…

16 lip

Nasza Duża jest nauczycielką. Mówi, że chodzi do szkoły uczyć cudze dzieci. Wygląda na to, że chyba to lubi, bo jak wychodzi, to nie wygląda na jakąś załamaną. No i zawsze mówi, że niedługo wróci. Po co ona to mówi, to my nie wiemy, bo przecież nie wiemy co to jest niedługo. Sekundkę to już wiemy, że to trwa i trwa. Ale niedługo? W każdym razie uczy tam dzieci mówić po jakiemuś innemu. Ciekawe  jak jej to idzie, skoro nas nie zawsze rozumie, a my mówimy przecież tak jak ona. Co trudnego jest w słowie tantin? Albo dija?  Przecież od razu wiadomo, że chodzi nam o to samo, co ona nazywa wodą. No, ale długo musieliśmy pracować z Filipem nad tym, żeby zrozumieli oboje, że jak mówimy dija, to znaczy, że mają nam nalewać do konewek, bo przecież samo się nie podleje! A lać możemy tylko wodą. Próbowaliśmy zdejmować gacie i lać gdzie popadnie, ale niestety… są nieugięci.

Nasza Mama, czyli nasza Duża oczywiście, to taka troszkę wypadkowa jest. A to nie zmieści się w futrynie, a to wpadnie na słup. Duży mówi, że Filip swoją wypadkowość ma chyba po niej. Możliwe, bo ja nie jestem wypadkowy, zupełnie jak Duży! Podzieliło się widocznie, żeby Dużej smutno nie było.

Ostatnio było tak, że (zupełnie przypadkowo), trzasnąłem Dużą żelazkiem w głowę. Znaczy tak lekko przypindoliłem, nie mogło jej boleć, ale ona udawała, że ją boli i robiła to naprawdę przekonująco. Ale oni tak się zgrywają. Udają, że płaczą, bo chcą, żebym dał buziaka, albo udają, że ich boli jak im z liścia pociągnę. Mili chcą być. Ale ja z tym żelazkiem, to naprawdę przypadkiem. Leżała sobie Duża na kanapie, bo jej jakieś ciśnienie do samych pięt  opadło, czy coś, no i za nią jest ta taka duża poducha, co mi na nią nie pozwalają wskakiwać. I pomyślałem sobie, że ciekawe, czy żelazko odbije się od poduchy. Duży mnie nie rozumiał, jak go pytałem, więc sam sprawdziłem po prostu. Czy to moja wina, że żelazko ciężkie, poducha za daleko, a Duża w połowie drogi? Musiało jej się spodobać, skoro tak ładnie udawała, że ją to niby zabolało.

A kiedyś z kolei, to Filip niechcący zrobił Dużej niespodziewajkę. Bawili się w noski – eskimoski i nagle Filip mówi do mnie: – Ty, zobacz, jaka mam twardą głowę! I jak jej przyfasolił z bańki, to się odbiła. Mówił, że nie bolało go za mocno bo czołem dał, ale trzeba uważać, bo coś tam jednak poczuł. A Duża latała potem jak dzika do lustra, sprawdzać, czy jej ten tam… makijaż na dół pod oko nie zszedł, bo jechała na jakąś tam wycieczkę z pracy i jakby się potem wytłumaczyła. I mówiła, że jej właśnie Filip prawielimo zrobił. Tak mówiła. Ale jej te kolorki z oka nie zeszły pod oko, więc się rozluźniła i dała lustrowi  spokój.

Niedawno Duża miała zakończenie roku. Dokładnie nie mówiła nam, co to jest, ale zrozumieliśmy, że już nie będzie chodzić do pracy. No i z okazji tego jej zakończenia roku, odpicowała się w sukienkę. Rzadko ją widzimy w takim stroju, bo Ona chyba nie lubi sukienek. Filipowi się podobała, powzdychał, pozachwycał się, ja próbowałem lekko podrzeć, ale się nie dało,  a Duża poszła cała w tych swoich skowiurkach,  czy innych skowronkach.

Jak wróciła, to potem opowiadała Dużemu, że miała przygodę. Śmiali się z tego dość mocno, więc rozumiem, że było całkiem śmiesznie. Otóż, wyszła w tej sukience, a na przejściu niedaleko domu, przepuścił ją kierowca. To akurat wiem, że było ważne wydarzenie, bo jak my z nimi chodzimy na spacery, to nikt nas zazwyczaj nie przepuszcza. A podobno tacy ładni jesteśmy… ;)

 Duża pomyślała sobie, że może nie wygląda tak źle! Podobno w autobusie ludzie patrzyli na nią dziwnie, aż się zaczęła zastanawiać, że czy aż tak dobrze wygląda, no bez jaj, jak to mówi. I dalej mówiła, że jak wysiadła z autobusu, to kierowca się do niej uśmiechał i mrugał, a ona zaczęła się zastanawiać, że owszem ostatnio dość ładnie schudła, ale żeby jej sukienka na ramionach opadała, to bez przesady. I wtedy stanęła jak wryta, bo uświadomiła sobie, że nie dopięła sukienki! Nie wiem o co takie halo, my latamy z gołymi pupami w ogrodzie i jakoś nikt afery nie robi. Podobno Duża weszła do sklepu i jakąś panią grzecznie poprosiła, żeby jej tę sukienkę zapięła. Potem z wrażenia wsiadła w zły autobus i musiała się potem przesiadać. No ma ta nasza Mama wypadki i przygody, nie da się ukryć! 

A teraz chodzi na jakieś lekcje. Uczy się jeździć samochodem. Tata nam mówił. Ciekawe ile wypadków będzie miała, no nie? ;)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bliźniaki

 

Babcie, babcie, babcie, czyli ociupinkę poobgadujemy…

25 cze

Od dzisiaj nasze Babcie mają swoją zasłużoną chemeryturę! Ale od początku…

Jak zdecydowaliśmy się pojawić się na Łezpadole, to Duża niedługo potem musiała chodzić do pracy, tej, co kiedyś już wspominaliśmy. No i Babcia Atka wtedy się nami zajmowała. Podobno byłem taki malutki, że to aż przesada i podobno wszyscy się bali mnie brać na ręce, podobno poza Dużymi. Dziwne nieco, ale dobra tam, było minęło. No i Babcia przyjeżdżała do nas, podobno nas karmiła, czytała nam i chodziła z nami na dłuuuugie spacery w każdą pogodę. Ostatnio nawet jacyś Duzi z osiedla mówili Jej, że ją poznają, bo jeździ od dwóch lat, szalona. My wtedy byliśmy najczęściej zajęci patrzeniem w niebo albo spaniem, albo jedzeniem no i strzelaniem kupami. Ale podobało nam się, że Babcia z nami była. Dostała trochę popalić kobiecina, bo Duża wspomniała dzisiaj, że potrafiliśmy odstrzelić scenę w stereo a nie umieliśmy pokazać o co nam chodzi. Teraz jak strzelamy scenę w stereo, to idzie się podobno z nami dogadać, bo już pokażemy i powiemy, że chodzi nam o to, żeby w końcu dali nam te kościelne bimbamy, co Duża mówi, że są księdza i nie może nam dać. Dogadałem się z Mateuszem, że przy najbliższej okazji porozmawiamy sobie z księdzem. Chcemy te bimbamy. Bo są fajne i dużo lepsze od tych, które nam Duża włącza na komórce. Niby takie same, ale jednak nie takie fajne.

Ale wracając do Babć. Babcia Atka tak do nas przyjeżdżała codziennie, a Babcia Inka wtedy jeszcze pracowała i wpadała popołudniami i w te ich łykendy. Potem Babcia Inka tez poszła na swoją chemeryturę i zaczęły się wymieniać. Wesoło było, zawsze coś przyniosły, a to bułę, a to owoce, a to parasol, czasami ciasto. A Babcia Atka, to co tydzień przywoziła nam jaja! Jaja, to bardzo fajne słowo i szybko zaczęliśmy je mówić. Jak człowiek widzi te jaja co tydzień, to w końcu mu w krew wejdą. Tym bardziej, że Duzi, to chyba się cieszyli z nich, bo często do nas mówili „ale jaja!”.  Nie mieliśmy wyboru, musieliśmy się nauczyć. A Duzi cieszyli się, jakby co najmniej dostali bułę! Babcia Inka za to zabierała nas do siebie, gdzie ma fajne dzwonki, dużo kwiatów i fajne zabawki na dole w domu. Oj działo się, działo!

Mateusz, to nawet nauczył się liczyć do czech i podnosić Babcię, żeby mogła sięgnąć brzozy.

Co prawda były tez nieporozumienia, bo na przykład dostaliśmy fajne kubeczki od Babci Inki. I Babcia mówi do Mateuszka „Mati, ale trzymaj kubeczek za uszko”. No to, logiczne chyba, że Mati wziął kubek i przystawił sobie do swojego uszka, no nie? A Babcia zaczęła się śmiać i nie mogła przestać. Po jakimś czasie okazało się, że kubek ma swoje uszko, ten taki dzyndzel z boku. Ja myślałem, że to było po to, żeby robić sobie mokre bimbamy. Cóż… na pewno takie użycie uszka jest o wiele zabawniejsze. Przynajmniej według nas. ;) Ostatecznie uznaliśmy, że nie będziemy Babci denerwować, bo fajna kobieta jest i trzymamy kubeczki za uszko, pijąc jak należy.
Ale za to… plujemy… (no nie wygrają z nami!).

Dodać muszę, że Babciom lepiej nie podpadać, bo mają fajne torebki, a w nich dużo różnych skarbów. I czasami uda się coś zwędzić. ;) I koszyk! Babcie mają koszyk, a w nich dużo różnych dóbr, jak to mówi Duża. Te koszyki są bardzo ważne i wszyscy się z nich cieszą.

Babcie robiły z nami dużo ciekawych rzeczy. Nauczyły nas, że jest nocnik, Duzi próbowali, ale są ciency w te klocki. Babcie się nie poddają tak łatwo. Z nimi te nasze negocjacje są nieco trudniejsze, niż z Dużymi. Bo Duzi szybciej pękają. Wiecie, boją się nas.

W ogóle z babciami ciągle było dużo zabawy, każda robiła z nami coś innego, ale wszystko było fajne.  Oczywiście też im czasami pokazywaliśmy rogi, w nadziei, że może w końcu pękną i na przykład pozwolą nam poskakać po kanapie, albo wchodzić na stół. W tych tematach, nawet Duzi nie pękali. Zmówili się, czy coś, a skakanie po kanapie i wchodzenie na stół jest naprawdę przyjemne! Tylko by ciągle nas straszyli, że spadniemy. Sami się pewnie boją skakać i wchodzić. Duża zresztą sama mówiła, że boi się wysokości i jak wchodzę na zjeżdżalnię na placu zabaw, to jej się słabo robi. Nie wiem, czego tu się bać! Babcie się nie boją niczego! Niestety nas też się nie boją.

Od wczoraj Babcie mają już wolne. Bo nasza Mama wróciła do swojej starej pracy, chodzi gdzieś tam uczyć jakieś dzieci, czy coś. Tak nam mówiła. Czasami do nas mówi jakoś tak dziwnie, inaczej, zamiast japko, mówi aapyl, albo daje mi winogrono i mówi grejp. No to w końcu niech się zdecyduje! Ale nieważne. Teraz Mama ma wolne od pracy, bo dzieci nie chcą przychodzić. Mateusz mówi, że się nie dziwi, bo jakby do niego gadali ciągle raz japko a raz aaapyl i inne takie, to też by nie chciał. No i dzięki temu, Mama jest z nami w domu. Podobno długo ma być. A Babcie mają odpoczywać. I tak już ma zostać, bo zacznie się przedszkole. Przedszkole, to zupełnie inny temat, o którym Mateusz opowie osobno. Bo całkiem fajnie tam jest, dużo możliwości, jeśli wiecie, co mam na myśli… :)

W każdym razie, wychodzi na to, że nasze Babcie już nie będą do nas przychodzić codziennie od rana. Ale myślę, że jednak będą często u nas a my u nich, bo nas lubią. My je też. Więc niech sobie mają tę swoją chemeryturę, od nas się nie uwolnią! I kiedyś pękną i pozwolą nam skakać na kanapie!

A tymczasem, Duża mówi, że Babciom należy podziękować, bo łatwo nie miały, bo podobno bliźniaki, to nie bułka z masłem. Phi, oczywiście, że nie jesteśmy bułka! Bułki się zjada, a my jesteśmy podobno niejadalni. Tak powiedział Duży, jak Mama mówiła, że zje moją lewą piętkę i prawe uszko, bo są takie słodkie. Wychodzi na to, że chociaż jestem słodziutki, jak tort, to nie wolno mnie jeść. Pewnie coś jak te porzeczki w ogrodzie. Niby dobre, ale jeszcze niedobre i „nie jedz, bo zielone”.

Wracając do tematu: Dziękujemy Babciom za codzienną opiekę nad nami, zabawy i naukę. Było ciekawie, wesoło i na pewno na tym nie poprzestaniemy.

A kanapa i tak kiedyś będzie nasza! ;)

I pamiętajcie, kubeczek zawsze trzeba trzymać za uszko, z nocnika wylewać wolno tylko w łazience, babcina torebka jest zawsze pełna skarbów a koszyki Babć po prostu wymiatają! ;)

Fajnie jest mieć Babcie, no nie?

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bliźniaki

 

Parasol, biedronka i tiktaki, czyli każdy ma swoje kółko zainteresowań…

07 maj

Witam serdecznie po przerwie!

Najnowsze wieści z naszego, jak to Duża mówi, wariatkowa: Mama sprawiła sobie sklerotyzację. Ostatnio słyszeliśmy podczas spaceru, jak opowiadała Dużemu, że dorobiła się tej sklerotyzacji. Co to dokładnie jest, to nie wiemy, ale ma jakiś związek z zapominaniem. Otóż, opowiadała dalej na tym spacerze, że zrobiła w pracy kartkówkę, jakimś uczniom. Bo Duża jak idzie do pracy, to mówi, że idzie uczyć kogoś. I Babcia mówiła, że uczniów jakichś. Dokładnie nie wiemy o co chodzi, ale chyba to lubi, Duża znaczy się, lubi. W każdym razie, Duża zrobiła tym uczniom jakąś kartkówkę i podobno ją od razu sprawdziła, bo chciała od razu im przybić te piątki, bo mówiła, że się nauczyli, to na długi łikend, taka piątka to zawsze coś dobrego. Ja nie wiem, my przybijamy piątki co chwilę i nie widzę różnicy, czy to na długi, czy krótki łikend. No, ale miała widocznie takiego widzisimia. No i Duża jak już sprawdziła te kartkówki i przybiła piątki, to chciała to podobno spisać i spisując, zapomniała kiedy ta kartkówka była, a miała miejsce dziesięć minut wcześniej. No i Duży w tym momencie zatrzymał wózek (czyli nas), zaczął się śmiać, ale jak! Śmiał się i śmiał. A Duża z nim. Podobno takiego czegoś nie odwinęła odkąd żyje. Ja tam nie wiem, ona często potrafi zapomnieć o czymś. Bo mówi, że zapomniała zjeść, albo się napić, albo wpisać pin jakiś do tej dziury w ścianie co jej pieniądze daje. Podobno to ze zmęczenia. Tylko czym ona jest taka zmęczona? Duży zresztą też! Ostatnio poszedł do garażu po śrubokręt (tak, wiemy co to jest!) i podobno nie wziął, tylko wyszedł z garażu z wózkiem (naszym oczywiście) i zaczął iść z nim do bramy, jakby szedł na spacer. Skapnął się przy furtce, że wózek jakiś lekki i dopiero wtedy skumał, że to przecież wieczór i my śpimy. Chciał nam ukraść wózek! A teraz się tłumaczy, że ze zmęczenia mu się coś poprzestawiało. No ciekawe… Jakoś nam się nigdy nic tak nie przestawia. Owszem, kradniemy czasami telefon Dużej, albo portfel Dużego, ale dla zabawy. A po co on chciał nasz wózek wywozić?! Przecież Duzi nie bawią się sami, tylko z nami. Trzeba to zbadać. I pilnować wózka.

W ogóle, to my już mamy swoje własne zdanie i wiemy, co lubimy, a co nie.

Filip na ten przykład, uwielbia tik taki. Takie, co ludzie mają na rękach, albo takie, co wiszą na ścianach. Właściwie nie ma znaczenia jakie, byle były. Nawet dostał jakieś po dziadkach, aż trzy! I jeździ sobie z nimi wszystkimi na jednej rączce. Duzi mówią, że cinkciarz im jakiś rośnie w domu. Nie zauważyłem, żeby coś nowego rosło, ale Filip z tymi zegarkami wygląda świetnie. I zawsze wie, kiedy jest pora na przejazd pociągu i na bimbamy z kościoła. Bo on jeszcze lubi bimbamy, a że mamy dwa kościoły blisko, to często je słyszymy i wtedy jest wielka, wielka radość. Ostatnio byliśmy na czymś, co nazywa się ślub. Nie wiemy co to jest dokładnie. Staliśmy przed kościołem, bo nie było jak wjechać wózkiem, więc niewiele widzieliśmy, a jak już się zaczęła cała akcja, i wszyscy wyszli, Duża mówiła, że zobaczymy ciocię w ładnej sukni. Kłamała. Bo jedyne, co zobaczyliśmy to całe stado tyłków innych Dużych. I nuda była, bo ani kopnąć, ani rzucić nie było czym, ani dziury zrobić im w tych ich ładnych ubrankach. Potem nas Duzi zostawili z dziadkiem, który właśnie nam bimbamy zrobił, bo był dzwon niedaleko, w takiej dziwnej wieży. A Duzi poszli komuś składać pokłony, czy coś. W każdym razie, ślub to chyba po prostu takie coś, że jest cała masa ludzi odwracających się do dzieci tyłkami. Innego wyjaśnienia na razie nie mamy. Ale kiedyś Dużych o to zapytamy. Bimbamy za to, były po prostu cudowne!

Filip lubi jeszcze parasole. Lubi je tak bardzo, że jak ostatnio znalazł jeden duży w garażu, to chodził z nim cały dzień, woził w wózku, oczywiście otwarty. A na drzemkę nie dał sobie odebrać  i Duża musiała uśpić Filipa razem z parasolem. Znaczy nie uśpiła parasola, tylko nosiła i Filipa i parasol. Filipek przytulony do tego parasola zasnął i tak został. Duzi mówią, że mają nadzieję, że nie zakocha się nigdy w dużej ciężarówce, bo to już byłby hardkor nie do zrobienia. Ale ja tam w nich wierzę. Duża potrafiła usypiać Filipa na rękach, gdy ten trzymał: żabę, zegarek (wtedy miał tylko jeden), łódkę, pokrowiec do wózka i jeszcze ślimaka. I nic nie spadało, a Filip dawał radę zasypiać. Oni oboje są nieco dziwni, nie uważacie? Ja tam zasypiam grzecznie trzymając tylko… Tatę. Troszkę czasami stęknie, że jakieś szesnaście kilogramów robi swoje, ale to chyba do Dużej stęka, bo do mnie nigdy nie narzeka. Lubimy się do nich przytulić, jak nas chwilę noszą. W końcu po to ich mamy, prawda?

Filip ma te swoje parasole, tik taki i ślimaki, a ja uwielbiam biedronki! Nawet nie wiedziałem, że ich tyle  jest. I często dość jedziemy z Dużymi do sklepu, który też ma taką fajową biedronkę. Ale nigdy nie chcieli mi jej dać, a ja wołałem, prosiłem panią, która dawała Dużym jedzenie, za papierki. Ale ona tylko się uśmiechała i udawała, że nie rozumie. Na pewno udawała, bo jasno i wyraźnie pokazywałem, o co mi chodzi! Mówiłem nawet „daj, daj”. I nic. Złośliwa jakaś, albo nie lubi dzielić się biedronkami. A zdjęłaby tę jedną znad drzwi i co? Krzywda by się jej stała jakaś? Spoko, kiedyś sam sobie wezmę tę biedronkę. Będzie moja! Tymczasem zakosiłem Dużym dwie końcówki węża do podlewania i z nimi ostatnio lubię się wozić. Duzi mają dużo fajnych rzeczy, które można im zwędzić, bo nie zawsze patrzą na mnie. Filip wchodzi na stół, wtedy jest szansa zabrać, co się chce. Jak Filip potrzebuje telefonu Dużej, to ja wchodzę na stół. Tak to działa. A Duzi się dają. Cieniaki! ;)

Jak Duża jest w swojej pracy i Duży też, to opiekują się nami babcie. Raz jedna, raz druga. I powiem Wam, że Babcia to jest bardzo fajna sprawa. Ciągle nam śpiewają, opowiadają, wymyślają zabawy. Duża mówi, że nie mają tyle pomysłów, co Babcie. Podobno Babcie ich pokonują całymi latami doświadczenia i Duzi wymiękają. My nie narzekamy, bo z Dużymi jest fajna zabawa, ale jak są u nas Babcie, to jest po prostu impreza! No i Babcie są takie mięciutkie. A Duzi nie.  Tylko, że Babciom nie wolno podskakiwać. Więc przy Babciach nie wiotczeję, jak nie chcę gdzieś iść, grzecznie chodzę za rękę, Filip nie robi scen i zasypiamy bez noszenia, nie wchodzimy na stoły i słuchamy bajek.  Bo Filip mówi, że lepiej nie pokazywać swojej prawdziwej natury, bo jeszcze Babcie uciekną i nie wrócą. W końcu one z nami nie mieszkają, mają swoje domy, lepiej uważać, żeby im się za dobrze w tych domach nie zrobiło. Czasami nie dajemy rady tak długo chodzić grzecznie, to zrobi się jakąś scenę, ale delikatnie. Babcie co prawda wtedy mówią Dużym, że tak to dawno nie było. Póki co, do nas wracają.

Macie takie fajne Babcie? To też nie wiotczejcie przy nich! Bo zwieją!

Z pozdrowieniami,

Ja (Mati, znaczy!)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bliźniaki

 

Fura, kura i komóra, czyli co się zmieści w rączkach i co nie mieści się w głowie…

03 mar

Pół roku minęło! Pół roku! (tak twierdzi Duża)  Tak właśnie się dzieje, gdy człowiek zajęty. Wierzcie mi, lub nie, ale jesteśmy bardzo zajętymi Fircykami.

Otóż, pominę już fakt, że teraz nie chodzimy. Teraz biegamy, skaczemy, tańczymy. A najbardziej to lubimy wchodzić wysoko, najwyżej. Duża mówi, że jakby się dało, wisielibyśmy na lampie. No cóż… jakby pomogła, czemu nie.
Z racji, że tak bardzo lubimy poznawać wysokości, Duzi stali się bardzo monotematyczni i lekko zetsresowani, ciągle boją się, że im coś zepsujemy. „Mati, nie skacz na główkę na kominek!”, „Filipo, zejdź  z szafki i nie zrywaj telewizora ze ściany, bo nie będzie bajki”, „Nie goń kota!”, „zejdź ze stołu” i takie ciągle nam rzucają teksty. A my przecież nic takiego nie robimy. Że człowiek czasami się potknie i może wpaść na ten ich kamienny kominek? No też coś. Przecież od razu im się nie zepsuje! To, że poobijaliśmy troszkę ściany pchając nasze łóżeczka, które teraz są kojcami, to nie znaczy, że wszystko od razu im obijemy. Poza tym, bądźmy szczerzy – słabe mają te ściany, serio. No i nie moja wina, że tak fajnie się ciągnie firanę i zrywa tę lamówkę, co ją babcia przyszyła… już czterdziesty raz.
Mimo, że tak ciągle nam wszystkiego zakazują, to jednak fajnie jest móc wszędzie wejść. Oczywiście Duży musiał nam nieco utrudnić sprawę. Pozakładał więc jakieś takie zabezpieczenia czy coś. No i zdziwił się. Bo Mateuszowi zajęło co prawda nie jedną ale dwadzieścia sekund, żeby rozpracować jak to się otwiera. Po czym stwierdziliśmy, że co będziemy się męczyć otwieraniem- pozrywa się to z mebli po prostu i tyle.
I pozrywaliśmy. .

Duzi się nie zdenerwowali aż tak, jak mogli, alele niestety teraz nie pozwalają nam wchodzić do kuchni. To jest wina Mateusza, bo owszem, zabezpieczenia pozrywaliśmy razem, ale to on właził na szafkę w kuchni. Ja tylko patrzyłem i się śmiałem. No chyba to nie jest zabronione, co?! I tak kuchnia stała się całkowicie nielegalna. Podobno Duzi boją się o swoje noże i garnki i talerze. Zastawili kuchnię barierką i koniec.
Poza jednym wyjątkiem – pozwalają nam wynosić śmieci do śmietnika. A skoro to jedyny moment, w którym możemy być w kuchni, to zbieramy każdego śmiećka jakiego znajdziemy i zanosimy. A jak nie znajdziemy nic…to sami je produkujemy. Co to za problem podrzeć chusteczkę i potem się pożalić, że „oooo śmieć” i już się Duzi cieszą, że my tacy porządni i śmieci zbieramy. Przy okazji można podprowadzić szufelkę, albo miotełkę, albo dużą miotłę, albo rozwalić karmę kota na całą podłogę. I wtedy się zbiera te groszki i znowu się sprząta. Jesteśmy naprawdę dobrze wychowani – lubimy sprzątać. ;) A kuchnia jak nielegalna, tak nielegalna…

Jak już mówiłem, wszędzie wejdziemy, nie zawsze dobrze się to kończy, bo raz utknąłem pod łóżeczkiem i musieli mnie ratować, ale co tam, uratowali, więc nie narzekam.

Po schodach też już wchodzimy i schodzimy. Muszą nas Duzi pilnować, babcie też, ale jednak wchodzimy sami, na własnych prywatnych nóżkach. I codziennie na drzemkę wchodzimy po tych schodach, do spania na noc, albo w ogóle jak idziemy sobie grandzić na górze. No i jest codziennie lekka afera albo zdziwienie. Bo Mateuszek to sobie wchodzi tak po prostu, jak stoi. A ja zawsze zbieram cały swój dobytek, czyli: rękawiczki skórzane Babci, skorupka ślimaka, komórka (chyba zepsuta, ale nie jestem pewien), pluszowa żaba i pokrowiec na wózek. Czy to moja wina, że tak wielu rzeczy się dorobiłem i bez żadnej z nich nie mogę żyć i absolutnie nie usnę?

Co prawda ślimaka mi ostatnio zabierają, podobno boją się, że mnie zje, albo że ja go zjem – nie jestem pewien do końca. Ale spokojnie, mam kieszonki w spodniach!  Mati mówi, że się przeszpulkuje, jednego z ogrodu, jak nie będą widzieć. Mama mówi, że ja dostanę jakiegoś przyskurczu, rączki, bo wszystko chwytam dwoma palcami – reszta trzyma ślimaka. Ważne, że chwytam, niech ona martwi się lepiej o swoje przyskurcze, a ja sobie poradzę. Jakoś nigdy nie widziałem, żeby szła po schodach trzymając żabę, ślimaka, pokrowiec, dwie rękawiczki i komórkę. Jak się nauczy, to pogadamy.

Dawno nic nie opowiadałem, więc ominęło Was coś ważnego! Poznaliśmy osobiście Śniega. Śnieg jest ładny, biały i robi bałwany. I inne rzeczy też, bo na przykład przyjemnie skrzypie pod butami. No i dzięki Śniegowi dostaliśmy też nową furę. Tata mówi, że to są sanki dwuosobowe. I powiem Wam, że naprawdę nam się podobają. Siedzi sobie człowiek wygodnie, nie w wózku, jedzie po dzielni, ciągną go znaczy, bo przecież sam nie będzie pchał. Idealnie! Ale co z tego, jak trwało to krótko?  Podobno te sanki  jadą tylko po śniegu i na trawie czy chodniku by nie dały rady. Ale Mati mówi, że pewnie Duzi ściemniają, bo im się ciągnąć nie chce. Bo jakoś nigdy nam nie pokazali, że naprawdę się nie da. A nam się tak podobała jazda na sankach! I śmiesznie było, jak na przejściu dla pierwszych podnosili sanki i nas przenosili – wtedy byliśmy wysoko! A my lubimy być wysoko. W każdym razie, musimy ich namówić (albo zmusić), żeby pojeździli z nami tymi sankami latem, jak będzie ciepło. Powinno być ciekawie, no nie?

Wspomniałem już, że mam swoją komórkę. Otóż Duża specjalnie dla mnie wyszukała gdzieś komórkę, taką fajną, z guziczkami, posklejaną  jakąś taśmą czy czymś. I ja sobie chodzę i dzwonię do Babci, albo do mamy, albo do taty. I się z tą komórką nie rozstaję. Bo z tego, co zauważyłem na świecie – komórki chyba są bardzo ważne. Wiele osób na spacerach zamiast patrzeć na niebo, albo autobusy to patrzy na swoje komórki. I tak myślimy z Matim, że skoro nawet autobusy ich nie kręcą, to znaczy, coś w tych komórkach musi być! Na razie nie wiemy, co.  Znaczy, te komórki, co Duzi mają, to faktycznie ciekawe są… bo zakazane. Ale te inne? Trzeba zbadać sprawę.

Tak apropopo „mama, tata”, to już wiemy, jak unikać groźnego spojrzenia Dużych. Jak nas pytają, kto zepsuł szafkę, zjadł kotu jedzenie, albo ukradł pilota do telewizora, to wystarczy powiedzieć, że Tata i już jest spokój. Bo z jakiegoś powodu wszyscy się śmieją. Doszliśmy zatem z Matim do wniosku, że Tacie wszystko wybaczą i teraz na niego zrzucamy winę za co się da. Nawet za kupy w pieluszce. A co, jak działa, po co to zmieniać?

Wiecie, co poza moim dobytkiem, który noszę w rączkach, lubię najbardziej? Kury! Kura to takie fajne zwierzę, w każdej książeczce jest prawie i fajnie gada. Mama mówi, że gdacze. Ale nie gdacze, tylko gada. Coś się tej Dużej myli chyba. No więc kury są naprawdę świetne, polecam! I na żywo też niczego sobie. Wiem, bo byłem na wsi i poznałem kurę. Może kiedyś Duża da mi jakąś, kto wie. Dała w końcu Matiemu grabie, bo lubi, to może i mnie da kurę? Pogadacie z nią? Może Was posłucha…

No, muszę już kończyć. Duża powiedziała, że czas bajek minął. Czytanie bajek w wykonaniu  Dużych polega na tym, że my pokazujemy obrazki, a oni je nazywają. Nie namęczą się co? Całą robotę musimy my wykonać, bo przewracanie stron, skubanie okładek, pokazywanie księżyca i zegara i innych cudów, a oni tylko siedzą, uśmiechają się i nazywają i coś tam opowiadają. No, ale lubią to chyba, więc niech im będzie, czytamy z nimi te książeczki. W końcu to Duża pozwala nam grać na gitarze przed snem. Podobno jesteśmy w tym coraz lepsi, bo sąsiedzi już nie skrzeczą, że fałsze jakieś odchodzą. Ale chyba się coś Dużym pomyliło, bo nikt do nas nigdy na nasze granie nie narzekał. Może oni grać jednak nie umieją… kto wie. Bo czytać, to oni na pewno nie potrafią. Nie tak jak Babcia Inka i Babcia Atka na przykład, które nie muszą mieć obrazków, żeby bajki nam czytać. Wystarczy, że jemy obiadek i już nam czytają bajki z głowy. A my wcale nie musimy nic robić. No, ale tak jak mówiłem, skoro Duzi tak lubią… niech tak mają. Trzeba być miłym, bo oni rządzą w kuchni. A kuchnia jest taka ciekawa… taka ciekawa, że to się po prostu w głowie nie mieści!

Pa!

 

 

 

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bliźniaki

 

Kompot, francuz i koci ogon, czyli co jest nielegalne…

01 wrz

11886226_929702157093896_1054082469_o

Witanko!

My już chodzimy. Właściwie nawet można powiedzieć, że biegamy. Co prawda, zdarza nam się zatoczyć całkiem poważnie, ale i tak, chodzimy i biegamy. I Dużym prawie nie udaje się nas złapać. Prawie. Ale niedługo nie uda im się wcale!

Dzisiaj chciałbym trochę się na nich poskarżyć. Bo kto to widział, żeby wszystkiego człowiekowi zakazywać. Zwłaszcza takiemu Fircykowi jak ja, czy Filip! To naprawdę skandal.

A o to lista niektórych zakazów, nie wszystkich, bo jakbym miał mówić o każdym, to musiałbym nie iść spać.

Nie wolno nam bawić się w kompocie. Kompot, jak już chyba kiedyś mówiłem, to takie duże coś, co ma fajny zapach (chociaż Duża twierdzi, że tam śmierdzi). W kompocie jest bardzo dużo różnych rzeczy do jedzenia, liści, trawy. Duża nam zakazuje, bo mówi, że wyrzuca do kompotu resztki i my nie mamy ich jeść, bo jedzenie mamy w domu. A to, że człowiek, bawiąc się w ogrodzie, ma czasami ochotę przegryźć sobie taki chlebek z kompotu, czy skórkę od banany, albo innego liścia, to już nie ma dla niej żadnego znaczenia. Filip mówi, że chyba trzeba będzie zaprotestować. Usiąść pod tym kompotownikiem i stanowczo żądać dostępu do kompotu.
A, że my potrafimy stanowczo żądać, to chyba już wiadomo, prawda? Na razie staramy się brać ich, jak to mówi Duży, z partyzanta. Filip najczęściej odwraca ich uwagę zjadając szyszki z krzaka, który się tuj nazywa, a ja wtedy cichuteńko, na paluszkach zakradam się i biorę, co mi wpadnie w ręce: spleśniały (nie wiem, co to znaczy, ale Duża woła zawsze „zostaw! to spleśniałe!”) kawałek bułki, a to starą śliwkę, a czasami to się nawet duży liść trafi. I uciekam. Duża wtedy podobno zawału dostaje, bo biega między mną i Filipkiem, wyciągając jemu szyszeczki z buzi, a mi te moje skarby z rączki.  Nabiega się kobiecina, nabiega.

Mamy też zakaz jedzenia wszelkich fajnych rzeczy, typu kamienie, kora, czy właśnie- szyszki z tuja. Nie wiem, dlaczego tak im zależy, żeby tego nie brać do buzi, przecież to jest fajne! Kora smakuje całkiem nieźle, czasami przykleja mi się do języka, ale potrafię sobie sam ją wypluć i nie trzeba od razu dostawać, kapopleksji. Ostatnio Duży mówił do mnie, żebym wypluł tego kamienia, bo Mama dostanie kapopleksji. Nie wiem, po co te nerwy, bo rozumiem, że o nerwy mu chodziło. A ja sam podsłuchałem, jak Mama opowiadała, że jak była w naszym wieku, to zbierała na ulicy pety i je jadła. Nie wiem, co to są pety, ale też chyba zakazane, bo się z Dużym śmiali, że Babcia pewnie buzię Mamie szorowała mydłem. To ona mogła jeść pety, a my nie możemy?!

Ślimaki też są nielegalne. I skorupki od ślimaków też. Ja uwielbiam chodzić do tej rabaty, co Duzi zakazują deptać, bo tam jest tak dużo ślimaków. Znaczy, skorupek. Już mi Duża wyjaśniła, że ślimaków już tam nie ma, ale skorupki są i ich się nie jada. I ślimaków też mam nie jeść, bo podobno nie jestem francuzem. Ja wiem, że nie jestem francuzem, jestem Mateuszkiem i nie trzeba mi o tym wiecznie przypominać!

Mówię Wam, w tym domu ( i ogrodzie) wszystko jest nielegalne! „Nie rwij bluszczu, bo nielegalny”, „nie liż płotu, bo to nielegalne” i tak w kółko.

Ale w sumie, to nie narzekam, tak tylko opowiadam. Bo Duzi jak nam zakazują i dostają kapopleksji, to najczęściej się uśmiechają.
I wołają do nas i nas gonią, a wtedy jest niezła zabawa. Bo Duża to musi się nieźle nabiegać, żeby nas złapać, umiem dobiec aż do końca ogrodu i ona mnie dopiero wtedy łapie. Troszkę wolna jest, ale cóż, sama mówi, że starość nie radość.

Kociego ogonu też nie wolno nam brać do buzi. I w ogóle najlepiej nie łapać ani kociego ogonu, ani kota w całości. Po pierwsze, bo Duzi zakazują (oczywiście!), a po drugie, bo koty wcale tego sobie nie życzą. TaśTaś, co się Bobek nazywa, to nawet sam mi powiedział, że tego nie lubi – zrobił takie ssssssssss i jakoś tak widać było, że chyba chodzi mu o te włoski co go za nie złapałem.
Duża do nas dopadła i wykład oczywiście też był. (Wykład jest wtedy, gdy Duża nam tłumaczy dlaczego coś jest nielegalne, nie wszystko wtedy rozumiemy, ale to jej nie przeszkadza mówić).

Wiecie, czego fajnego jeszcze nam nie wolno? Wchodzić na kanapę! Bo my już umiemy takie rzeczy nawet. I Duża nie pozwala nam, jak jest z nami sama, bo mówi, że nie ogarnie nas. Bo Filip skacze jak pcheła, a ja bym najchętniej wszedł za kanapę.
To nieprawda, ja bym chętnie tę kanapę przesunął, bo się za nią normalnie nie zmieszczę. Jedno jest pewne – jak jesteśmy sami z Dużą albo z Babcią jedną, czy drugą, to nie wolno nam się wspinać.  Bo to jest oczywiście… nielegalne!

Wkładanie bratu palca do nosa, czy do oka też spotyka się ze sprzeciwami ze strony Dużej, a to taka fajna zabawa przecież!
Pomijam już rzucanie zabawkami w telewizor, czy stukanie ciężką zabawką w okno, bicie brata też jest zakazane, bicie mamy czy taty, czy babci też. Chcąc nie chcąc, musimy się poddać, bo ile można słuchać, że to jest zakazane, a tamto nielegalne. Chociaż i tak, samo próbowanie jest niezłą zabawą.Polecam! Szczególnie kamyki i szyszki z tuja.

No, to sobie ponarzekałem, poskarżyłem. Od razu mi lepiej. A jutro z rana powtórka z rozrywki. Może tym razem uda mi się zjeść ślimaka!

Na koniec tylko dodam, że jedno mnie dziwi. Że kąpiel w basenie i w wannie nie jest nielegalna. Przecież są takie fajne. A skoro Duzi tak nam zakazują samych fajnych rzeczy, to ciekawe, że tego jeszcze nie zakazali, prawda? Ale nie pytam ich o to, bo może sobie przypomną i faktycznie nam zakażą. A tak, chociaż coś mamy z tego życia na nielegalu.

Pozdrawiam!

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii, Bliźniaki

 

Nos, bójki i dziura w skarpecie, czyli komunikacja „niewerbanalna”…

24 lip

11264999_888998687830910_554622199_oRozpoczęła się u nas nowa era, jak to mawia Duża. Era komunikacji!
Chyba chodzi jej o to, że rozumieją nas z Dużym coraz lepiej.  Faktycznie, jest nieźle, jeśli chodzi o te sprawy.
I oni też jakoś tak bardziej zrozumiale do nas mówią. Umiemy już pokazać, że mamy nosy i dużo problemów.
Nie wiem dokładnie, co to sa problemy, ale kazała nam pokazywać, że dużo, to pokazujemy, niech się cieszy kobiecina.
Duża też lubi, jak Filipek pokazuje, że ma dziurę w skarpecie. Nauczyła go tego babcia Inka i wszyscy się śmieją, chociaż moim zdaniem, dziura w skarpecie jest mało śmieszna. Raz mi się zrobiła i nie podobało mi się, bo paluszek mi utknął i to nie było zbyt wygodne. Na szczęście nie musiałem jakoś szczególnie protestować, bo Duża szybko zauważyła i zabrała mi tę skarpetę. No, ale wszyscy są zachwyceni tym, że babcia nauczyła Filipa pokazywać dziurę, nawet gdy jej nie ma i mówią, że dobrze, że uczy nas takich zabawnych rzeczy. Oni chyba nigdy dziury w skarpecie nie mieli, ale cóż.
A w ogóle, to najlepiej jest bez skarpet, bez dziur i tylko z problemami na głowie! Bo jak pokazujemy, to oni się cieszą, czyli znaczy się, dobrze, że mamy te problemy.
Filip lubi też pokazywać, że Duzi mają nosy, ale nie zawsze mu pozwalają, bo on lubi też wsadzać w te nosy swój palec i drapać, a potem Dużym lecą łzy, a Duża to nawet raz miała czerwoną kreskę z nosa, ciekawe, co? No i od tamtego czasu niechętnie pozwala Filipowi bawić się jej nosem. Ale spoko, Duża ma też oko, ucho i włosy, zawsze to jakaś rozrywka.
Obaj lubimy też pokazywać laaampę! Laaampa jest wysoko, świeci i jak pokazujemy, że ona tam jest, to Duża się zawsze śmieje, że się modlimy. No i dobrze, jak jej się to podoba, to dalej będziemy się tak modlimali.

W temacie protestu, to Filip obecnie jest protestantorem. Duży stwierdził, że Filipeusz zaprotestował przeciwko warzywom i faktycznie tak jest. Bo jak gadaliśmy, to mi powiedział, że ma już dość tego, że warzywa musi jeść, skoro jest tyle fajniejszych rzeczy, na przykład budyń, jogurt, banana, czy ostatnio brzoskwinia! No i uparł się i nie pozwala sobie dać ani troszkę brokułały czy innych warzywek, które ja, nie powiem, bardzo lubię i nie odmówię. Dużej podobno już ręce opadają, bo jak obiad ląduje na ziemi, na głowie, czyli wszędzie tylko nie w Filipka brzuszku, to jej właśnie opadają.
Łyżeczka też jej czasami opada, ale to już inna sprawa. W każdym razie, Filip powiedział, że wygra tę wojnę. Ale ja słyszałem, jak Duża szeptała do Dużego, że oni wygrają tę wojnę. No, jestem ciekaw, kto naprawdę wygra. Myślę, że ja! A-ha!

Ostatnio z Filipem miewamy czasami troszkę na pieńku. Bo on ma zawsze lepszą zabawkę! I ja ją chcę, więc mu zabieram.
Ale Duzi mówią, że nie wolno. A Filipowi z kolei mówią, że nie wolno mu mnie szczuć.
Dokładnie nie wyjaśnili, ale chyba chodzi o to, że on mi pokazuje zabawkę, jakby chciał dać, a potem zabiera i ja się złoszczę.
W każdym razie, no… czasami zdarzy się, że się nieco poprztykamy i obaj wtedy mamy karę: „miesiąc bez komputery„.
Tak do nas zawsze mówi, ale to nie ma dla nas znaczenia, bo nie wiemy, co to komputera. 
Wiemy za to, że wielu rzeczy nam nie wolno. Nie możemy na przykład bić kwiatów, ani obrywać z nich takich ładnych kolorowych cosiów, co się opłatki nazywają, nie wolno nam jeść kory ( a szkoda, bo wygląda ciekawie).  Duzi zabraniają nam nawet zjadać takie zielone kulki, co się winogrona nazywają, A Filipowi Duży ostatnio wyciągnął nawet robaka z buzi, a było tak blisko!  Naprawdę dużo nam zabraniają! Zabierać zabawek nie możemy, bić się nie możemy, mówię Wam… same „nie wolno nonono” w tym domu!

Na pladzabaw,  też nie możemy…zdziwieni? Bo ja już nie. Ale wiem, dlaczego. Bo Filip nie nosi butów!
Ja noszę, od dwóch dni.
Duża ostatnio się załamała, że nie chcemy nosić bucików, ale one takie zbyt wygodne nie są. Płakaliśmy, darliśmy się nawet, jak nam zakładali i myśleliśmy, że dali sobie już spokój. Ale nie… przyjechała babcia Atka i mnie kurka wodna wrobiła!
Nawet nie zauważyłem kiedy, miałem buty i chodziłem w nich. A skoro już raz chodziłem, to nie ma jak im ściemnić, że tak strasznie cierpię. I w sumie nie jest źle.
A do tego, Duża powiedziała, że pójdziemy na
pladzabaw, a tam mają taką inną podłogę, co się piasek nazywa. I ja chcę tam iść, bo nie wiem jeszcze, czy to jest fajne, czy nie. Ale musimy czekać, aż Filip założy też swoje buty. Dużej bardzo zależy,  żebyśmy chociaż przed osiemnastką założyli i nosili buty i mówię mu, żeby się pospieszył, bo ta osiemnastka, to chyba całkiem niedługo, skoro jej tak zależy. Ale Filip chce ich wziąć na przeczekanie, łudzi się, że oni go puszczą bez butów.
Coś mi się wydaje, że w tym temacie nie złamią się zbyt łatwo. No i mówię, buty nawet nie są takie złe! Tylko jedną wadę mają  - nie mam jak gryźć swojego palca u stópki, ale dobra tam, w łóżeczku sobie pogryzę.
Niech im będzie, ja zdążyłem do osiemnastki, muszę zmobilizować Filipa. Jakieś pomysły??? 

No, to  tak to u nas obecnie jest – Duzi nas rozumieją, też robią komunikację, podobno werbanalną, chociaż nigdy nam nie wyjaśnili jaka jest różnica.
Jakaś pewnie jest, może chodzi o to, że Duża zakłada sobie nasze spodenki na głowę i do nas gada śmiesznie i wtedy my też chcemy te spodenki i każdy z nas w takich gaciach sobie chodzi i jest fajnie. Duży na to mówi, że jesteśmy Dzika Banda Hipsterskich Królików, czy coś.
My lubimy mieć na głowach różne rzeczy, a że nie zawsze czapeczki są pod ręką, a Duża to chyba nawet swojej czapeczki nie ma, skoro nasze spodenki sobie zakłada, to co zrobić.
Jak żyć, jak żyć –  jak to mawia Duży. No jak żyć?  - normalnie, raz w czapeczce, raz w spodenkach. Na luzie, no nie?

Pozdrawiam Was niewerbanalnie! 

Mateusz

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii, Bliźniaki

 

Roczek, basen i wściekłe gacie, czyli zaczęło się lato…

08 lip

Długo nas tu nie było, a troszkę się działo. Tak ociupinkę Wam opowiem.

Mama (nasza Duża), powiedziała nam niedawno, że skończyliśmy rok. Mateusz mówi, że to jakaś ściema, bo on nie przypomina sobie, żeby jakikolwiek rok zaczynał. Wszystko, co zaczynamy robić, kończymy niemalże natychmiast i zazwyczaj o tym wiemy. Na przykład, w czasie obiadu, ja zaczynam marudzić i kończę, gdy obiad już znika, albo gdy Tata (nasz Duży) się poddaje i mówi :”Filip zjadł już bardzo dużo i nie daje sobie więcej wcisnąć”. Mateusz za to najczęściej zaczyna robić chaos i zniszczenie i kończy wtedy, gdy znajdzie tę jedną, jedyną rzecz, której pragnie w danej chwili, najczęściej jest to takie coś, co Duzi nazywają pilotem. My zawsze kończymy to, co zaczynamy i zazwyczaj wiemy, co robimy. Coś nam kręcą z tym rokiem!

No, ale z okazji tego, że udało nam się skończyć coś, co nie wiedzieliśmy nawet, że zaczęliśmy, Duzi zrobili wielki zlot innych Dużych w naszym ogrodzie. Były babcie i dziadkowie i inni Duzi, wiecie, te ciocie, wujki i inne kuzynki i kuzyny. Było ciekawie, nie powiem.

Najbardziej podobał nam się tort. A właściwie torty. Bo my z bratem dostaliśmy swoje własne torty – babcia je zrobiła i nam dała, żebyśmy zrobili z nimi co chcemy. Nie za bardzo zrozumiałem chyba, co miała na myśli, bo co ja niby miałem z nim zrobić? Zjadłem troszkę, troszkę pomiętoliłem go i zostawiłem, bo taki ładny do patrzenia. Może babci właśnie o to patrzenie chodziło? Mateusz za to zajął się swoim tortem w zupełnie inny sposób. Większość zjadł i rozwalił, a z resztą nie wiemy co się stało. Po cichu podejrzewamy, że nasz Duży go wciągnął, bo podobno wszystko, co słodkie wciąga jak odkurzacz. A my wiemy, jak mocno wciąga odkurzacz, bo Duża przy nas wciągała różne rzeczy i jeśli Duży tak umie, to łohoho..ten tort był biedny, nawet biedniejszy, niż kiedy Mateusz się nim zajmował. A inni Duzi też dostali inny tort, nie wiem dlaczego, czy tak zawsze się robi, że każdy dostaje swój, czy jak, w każdym razie nam go nie dali! No, ale mieliśmy swoje, więc już nie awanturowaliśmy się za mocno.

Potem dali nam takie różne rzeczy, z których mieliśmy sobie coś wziąć. Obaj wzięliśmy takie malusieńkie kubeczki, na które Duży mówił, że kieliszek. Śmiali się wszyscy, że akurat te kubeczki wzięliśmy, ale nie wiemy, co w tym śmiesznego. Oni też mają swoje kubki, my też chcemy mieć! A te były ładne, błyszczące i takie inne od naszych codziennych. Tylko nie pozwolili nam nimi rzucać, a szkoda. Taki mały to by leciaaaał.. ciekawie by się na to patrzyło. Ale mimo to, to spotkanie było całkiem, całkiem udane.

Jest teraz podobno lato. W związku z tym, Duży zrobił nam baseny. Basen, to taka wanienka w ogrodzie i nam sie bardzo, bardzo podoba. Wchodzi człowiek do tego miękkiego i ma wodę, dużo wody. Mateusz nauczył się szybko z niego wychodzić i do niego wchodzić, a że bardzo lubi chodzić tam, gdzie nie wolno – w basenie w zasadzie spędza mało czasu. Ale lubi to, uwierzcie. Po prostu woli bawić się przy „komprostowniku”  - takim wielkim pudle z różnymi śmierdzącymi rzeczami. Duzi nas stamtąd gonią, mówią, że jeszcze przyjdzie czas na zajmowanie się kompostem, a na razie mamy zostawić. Nie podoba nam się, że nas stamtąd przeganiają, tam musi być coś ważnego. Pewnie nie chcą, żebyśmy dowiedzieli się, co to jest, bo chcą mieć to dla siebie! Ale Mateusz pracuje nad planem przejęcia komprostownika, idzie mu to całkiem nieźle. A że my JUŻ UMIEMY CHODZIĆ, to myślę, że lada dzień komprostownik będzie nasz. Tak, jak stało się  z tym „kszakiem”, na który mówią porzeczka. Bo najpierw nam nie pozwalali zrywać zielonych kulek, gonili nas, mówili, że be, że będzie bolał brzuch a potem nagle już się poddali i możemy zrywać kuleczki, które zrobiły sie nagle czerwone co prawda, ale nam to nie  przeszkadza.  Poddali się – to się liczy! Z kompostem też się poddadzą, tylko jeszcze o tym nie wiedzą.

Czy Wy latem też macie wściekłe gacie? Bo my podobno mamy i Duzi w ogrodzie nam zdejmują pieluszki mówiąc, że lepiej zdjąć te wściekłe gacie, bo latem można się zamęczyć. Swoich pieluszek nie zdejmują, może im już nie przeszkadzają, nie wiem, ale Mateusz mówi, że jak będziemy duzi, jak mama i tata, to może nasze gacie będą mniej wściekłe. Bo Duzi wyglądają na całkiem spokojnych w swoich pieluszkach, a nam faktycznie trochę dokuczały w te gorące dni. Dobrze, że Duzi zrobili się już trochę domyślni i nas od pieluszek uwalniają w ogrodzie. Chciałem też w domu i raz prawie mi się udało i prawie bym siknął pięknie na tę kanapę, na którą nam nie pozwalają wchodzić, ale Duża z okrzykiem „nieeeeee”, dopadła do mnie i niestety mnie powstrzymała. Ale jeszcze ją prześcignę, spokojna moja głowa.

Dzisiaj więcej mówić nie będę, bo zmęczyłem się tym dniem, ale niebawem Mateusz opowie co nieco.

Dobranoc, pchłyna noc (co to jest pchłyna?). :)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Gościna, pani Lala, foteliki i przy kazanie, czyli to już zupełnie inna bajka…

02 maj

Od jakiegoś czasu podobno lubimy się gościć. To znaczy, Duzi polubili chyba chodzenie do innych ludzi, bo nagle zaczęli nas zabierać. I okazuje się, że poza naszym domkiem, jest całkiem dużo fajnych miejsc. Byliśmy nawet w Mieście! Miasto, to takie miejsce, gdzie można dostać wafelka, zobaczyć duuużo ludzi i różne dziwne rzeczy. Pojechaliśmy takim większym samochodem, który Duzi nazywają ałtobusem i powiem Wam, że było całkiem przyjemnie. Filip trzymał jakąś poręcz, podobno jak rasowy i profesjonalny pasażer. Mówił mi, że tak mu się lepiej jechało, bo ogólnie, to troszkę dziwne to było. Wózek stał, ale jakby jechał, nic z tego nie rozumiem.

Nasza babcia Atka, to ma taką koleżankę, panią Lalę. My podobno ją znamy, ale nie pamiętamy, bo mamy małe móżdżki jeszcze i nie wszystko się zapisuje. Tak powiedziała ostatnio Duża. No i Duża bardzo lubi panią Lalę, bo mówiła ostatnio, że ma nadzieję, że znowu się z nią zobaczy. No, ale skoro tak chce, to po co nie zawoła panią Lalę do nas? My lubimy się gościć, ale lubimy też mieć gości w naszym domku. Bo wtedy możemy pokazywać nasze zabawki, nasz kojec i nasze łóżeczka. A Duża z Dużym dają nam rózne fajne przedmioty, gdy nas karmią. Dziś mi dała takie sitka. Nie powiedziała do czego są, ale mi sie dobrze bawiło w „chowaj się” z nimi. Bo Duża mnie za nimi prawie nie widzi. W ogóle, zabawa w „chowaj się” jest przyjemna, bo jak patrzę na ścianę, to Duża mnie nie widzi. Wcale! A jak się odwracam, to nagle jestem i ona się wtedy tak mocno cieszy. Nadal, jak widać, zbyt wiele jej do szczęścia nie trzeba. ;)

W każdym razie, mam nadzieję, że ta pani Lala do nas przyjedzie znowu. Bo podobno ma takie włosy, za które by się bosko ciągnęło, ma okurary – babcie też mają okurary i nigdy mi nie dają się nimi bawić. Może pani Lala by nam dała swoje? Myślę, że całkiem dobrze by się nimi rzucało tu i  tam…

Nie ma żartów i to już zupełnie inna bajka. Tak powiedział Duży. Bo my już jesteśmy tacy urośnięci, że nam kupili zupełnie nowe foteliki do auta. Dzisiaj nas w nich posadzili, a jutro mamy mieć w nich swoją pierwszą podróż. Nie wiem, czy to dobrze, czy źle, ale może będzie ciekawiej, skoro to jakaś inna bajka jest. Tylko dlaczego nie ma żartów? Znaczy, jak siedzimy w tych fotelikach, to mamy być poważni? Zobaczymy jutro, czy nam się spodoba. Filip powiedział, że nie jest przekonany, ale my nie lubimy już naszych starych fotelików, więc mówię mu, żeby nie marudził, bo nas wpakują w stare i będą tak wozić na zawsze. A mnie się to nie podoba, bo te foteliki są ciasne, niewygodne i ja się nie zgadzam!

Duża, to też mówi, że nie ma żartów, i że nonono! mówi tak, gdy Filip mi zabiera mój smoczek w wózku, albo gdy ja sprawdzam paluszkiem, czy Filipek ma na pewno oko na miejscu. I powiedzieli nam dzisiaj, że w naszym domu od teraz jest dodatkowe, jedenaste przy kazanie: „nie okradaj brata swego ze smoka jego”. Wiecie może o co chodzi, że to przy kazanie? Smoków, to faktycznie może lepiej nie kraść bo ja nie lubię, jak mi Filip zabiera mojego a ja wtedy tak troszkę czuję sie na sznurku bo mój smoczek jest na łańcuszku i on mnie wtedy tak trzyma na nim. A nie zawsze chce mi się walczyć.

Duża mówi, że my jesteśmy jak te wojownicze żółwie nindża  - szybcy i skuteczni. Zwłaszcza, gdy nas puszcza na podłogę. Podłoga, moi drodzy, to już naprawdę zupełnie inny świat! Ale o tym opowie Filipek, bo bardzo chciał i sobie tę bajkę zaklepał. Obiecał nawet, że przez sekundę mi nie ukradnie smoka, jeśli pozwolę mu to opowiedzieć. Co zrobić… Czasami trzeba ustąpić, dla dobra sprawy i smoka własnego.

Tymczasem, pozdrawiam. Oraz szybko i skutecznie się schowam. Nie ma mnie! Pa! ;-)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii, Bliźniaki

 

Bliźniaki kontra babcia, podwójne uderzenie i donica, czyli w kupie siła…

17 mar

Będzie, będzie zabawa, będzie się działo i znowu nocy będzie mało! – taką piosenkę śpiewa nam ostatnio Duża i mówi, że to o nas. Zabawa jest owszem, ale nocą wcale nic ciekawego się nie dzieje. Czasami się obudzimy, bo jeść nam się chce, albo zaboli nas ząbek, co wychodzi, ale bez przesady, my tam się wysypiamy.

Duzi nas nie doceniają i przekonała się o tym babcia Atka. Otóż Mateusz jak zwykle rano, wyprodukował swoją broń bibelogiczną, potocznie zwaną Wielką Śmierrrrdzącą Kupą Z Piekła Rodem i babcia musiała oczywiście mu tę kupę zabrać. No bo po co zostawiać człowiekowi jego własną kupę. Nie, trzeba zabrać, wyrzucić i dać nową pieluszkę, wygodną, owszem, ale jednak całe to zabieranie, mycie, zmienianie… to taki wysiłek, zupełnie niepotrzebny nikomu! No, ale skoro już tak muszą, niech tak robią, próbujemy walczyć, ale zawsze nas oszukają, bo dadzą coś do zabawy. W każdym razie, babcia zmieniła pieluszkę Mateuszkowi i okazało się, że jego rajstupki się gdzieś zapodziały i musiała iść po nowe. Wsadziła więc Matiego do końca  w pieluszce i poszła na chwilę do góry. (Koniec to takie coś ze szczebelkami, jak łóżeczka,ale większe i nie takie miękkie, ale też fajne, bo można się w nim turlać, pełzać i nawet stać!) Mateusz sobie leżał w tym końcu, bo mu się stać nie chciało, po czym zdjął pieluszkę, bo przecież bez pieluszki jest o wiele fajniej. Wchodzi babcia, a Mati leeeeje i leeeeje na podłogę, na łóżeczko stojące obok, na siebie. Dobrze, że ja nie dostałem, bo musiałbym mu oddać! Babcia za głowę się złapała i musiała zając się tym bajzelem, który Mateusz -”tenurwipołeć” zrobił. I to było fajne, bo ja wtedy miałem czas dla siebie. A, że babcia zostawiła na schodach moją miseczkę z resztą kaszki od śniadania i z końca było do niej blisko, to pobawiłem się w smarowanie. Wiecie, jakie to jest przyjemne? Smaruje człowiek kaszką takie szczebelki, podłogę, schody, kocyk… Ale najfajniej smaruje się własne rączki i buzię. Troszkę sobie przy tym pojadłem jeszcze. Było naprawdę miło. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego babcia złapała się za głowę drugi raz. Przecież nie nasikałem nigdzie! A mogłem!

Jak już babcia sobie posprzątała i, niestety, umyła mnie z kaszki, to ubrała nas na spacer. Mateusz czekał w łóżeczku w korytarzu, aż babcia mnie wykończy i nudził się. A Duzi mają takie fajne różne cosie, co się kwiaty nazywają. I już niejeden raz mieliśmy ochotę to zrzucić i zobaczyć co będzie. I dzisiaj Mateusz miał już taki kwiat z donicą w ręce! Już ją zrzucił z szafki, ale akurat wpadła Duża i niestety w ostatniej chwili złapała kwiat. SuperHardkorMamaCoPsujeZabawę – to jest nasza Duża. Łapie donice w locie i jeszcze się cieszy. Ale spokojnie, spokojnie. Jak już wiemy, że tak można – odczekamy, uciszymy ich czujność i przyatakujemy. .

Duża w każdym razie powiedziała, że się zaczęło. Podwójne Uderzenie jakieś, że zaczyna się jazda z górki bez trzymanki i pewnie niedługo konieczny będzie remont. Co to jest remont? Na pewno coś fajnego i dziwię się, że jeszcze nam tego nie dali.

A w ogóle, to ja umiem już stawać na kolankach i prawie siadać. Nie miałem na to ochoty, ale Mateusz mówił, że więcej wtedy widać i faktycznie. Podobało mi się, jak zobaczyłem więcej. I w wózku też siedzimy. Okazuje się, że na spacerach jest dużo więcej do oglądania, niż niebo. Dlaczego oni tak długo to przed nami ukrywali? Spiskują, jak nic. Ale co tam, my też spiskujemy. Teraz już oficjalnie nadajemy, bo oni nas i tak nie rozumieją.

Duża mówi, że mam pozycję „Na Surykatkę” jak staję na kolankach. A babcia Inka mówi, wyglądam wtedy jak piesek pjejrowy. Wyglądam, jak wyglądam, ważne, że widzę więcej.

Dzięki temu, że mamy fajne duże okno, widzimy nie tylko różne rzeczy, ale przeróżnych Dużych. I mamy też koleżankę. Przechodzi codziennie obok naszego okna i do nas macha. Duża mówi, że ją do nas zaprosi kiedyś, ale, że podryw odpada, bo ona jest dla nas za stara. Podobno ma dużo więcej lat niż my, bo aż dziewięć. A co mnie obchodzi ile ona ma lat? Ja nie mam lat wcale i czy to jest jakiś problem? I tak będę się do niej uśmiechał i mrugał do niej a Mateusz na pewno ją ściśnie z całą siłą swojej sympatii. Boleśnie, czyli.

No nic, nagadałem się, a teraz uciekam, bo odkąd pełzamy i raczkujemy, w domu jest tyle do zrobienia, że nie wystarcza nam czasu. Czy wiecie, że można wkładać palce do końtaktów? Niestety u nas nie można, bo Duzi coś powkładali w nie, jak zwykle – zostawiają najlepsze dla siebie. Jestem tego pewien, bo widziałem, jak Duży wyciąga to coś z końtaktu i potem grzebie przy tym i wkłada coś innego. Oni się bawią, a nam nie dają! Nie dam im mojego gryzaka, o!

Miłego dnia życzę i radzę z nami nie zadzierać. Duży mówi o nas: „Mafia z Mińska – Mateusz zaślini a Filip zajęczy na śmierć”.

I z tym pokojowym ostrzeżeniem, żegnam się mile, życząc przyjemnego dnia!

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii, Bliźniaki

 

Pan od zmywarki, kubek kawy i dom wariatów, czyli najkrótsza kolęda świata…

23 lut

Była u nas kolęda!

Kolęda, to jest takie coś, że przychodzi ten ksionc, co nam dawał chrzesta, nie ten sam, ale podobny. I on właśnie u nas niedawno był i mówił różne rzeczy, co się modlitfy nazywają. Znaczy, najpierw weszli z innym Dużym i śpiewali, że przybiegli pasterze i stada aniołów zleciały, jakies takie historie. I jak już pośpiewali, to wtedy ten ksionc mówił różne rzeczy, a wszyscy go słuchali. Tylko pan od zmywarki go nie słuchał. Bo w tym czasie był u nas pan od zmywarki. Nie wiemy dokładnie, kto to taki, ale Filip mówi, że skoro on nie musiał słuchać tego ksionca, to musiał być jakiś ważny gość. W każdym razie, ksionc chyba chciał pić, bo mówiąc, patrzył cały czas na kubek z kawą, który zostawiła na stoliku nasza babcia Inka. (Okazuje się, że nasze babcie nie mają na imię Jasna i Ciemna, tylko Atka i Inka, ładnie, co?).

Duża powiedziała później, jak ksionc sobie poszedł, że nie zauważyła w tym całym , chałosie,   że kubek został na stoliku. A babcia podsumowała wszystko tak, że istny dom wariatów był tego dnia, więc i kolęda normalna być nie mogła. I chyba coś w tym jest, bo nawet ten ksionc, jak już skończył mówić swoje modlitfy, to spojrzał w końcu na nas, zamiast na kubek i powiedział, że widzi, że mamy ręce pełne roboty i nie będzie przedłużał, tylko nam zostawia obrazek. Duża nam go pokazała, tego obrazka, całkiem ładny, tylko mały i nie dała nam go pogryźć, a szkoda. Na pewno gryzłoby się go równie dobrze, jak te inne obrazki co nam daje i mówi, że to książki.

Owszem, byliśmy wtedy mocno zajęci z Filipem, bo on próbował wyjść z fotelika, a ja pilnowałem pana od zmywarki. Ważny, czy nie, pilnować trzeba. Był niebezpiecznie blisko naszych miseczek z kolacją, a my lubimy nasze kolacje. Miło ze strony tego ksionca, że zauważył, jak mocno zajęci jesteśmy z tym wszystkim, mając też Dużych na głowie. Istny dom wariatów, faktycznie, bo tuż przed wejściem ksionca, Duża stawiała na stoliku świeczki, ale, jak potem skomentowała, ich nie zapaliła. Potem biegała, porządkować, bo jej się nie podobało, że zabawki leżą. Pewnie chodziło o to, że pan od zmywarki przyszedł. Jak są u nas goście, to Duża zawsze zbiera zabawki, pewnie się boi, że je nam zabiorą. Dobra z niej kobieta.

W tym czasie Duży był nie do opanowania! Zamiast nam pomagać w naszych ważnych zajęciach, on przestawiał co chwilę różne rzeczy, przestawił na przykład Dużej świeczki ze stolika na szafkę i w ten sposób na stoliku został tylko kubek kawy, o którym już wspomniałem. Duży rozmawiał też z panem od zmywarki i z babcią Inką. Mówię Wam, byli nie do ogarnięcia. Ksionc widać się zna, skoro od razu podsumował sytuację. Najspokojniejsi w tym wszystkim byliśmy my.

W każdym razie, była u nas najkrótsza kolęda świata, tak podsumowała Duża. Kiedyś była u nas najkrósza Wygilaja świata, a teraz kolęda. Czy to znaczy, że u nas wszystko zawsze będzie najkrótsze na świecie? Całkiem możliwe, że przyczyną wszystkiego są Duzi. Zobaczymy, co będzie dalej, bo jeśli wszystkie ciekawe rzeczy mają być tak krótkie, to musimy z nimi poważnie porozmawiać.

Ciekawe, czy przyjdzie do nas znowu ta kolęda niedługo. Zawsze to jakaś rozrywka. Trzeba pogadać z Dużymi, żeby coś zorganizowali, w końcu też lubią gości, no nie?

Tymczasem do następnego!

 

 

 
Komentarze (15)

Napisane w kategorii Bliźniaki