RSS
 

Archiwum - Lipiec, 2015

Nos, bójki i dziura w skarpecie, czyli komunikacja „niewerbanalna”…

24 lip

11264999_888998687830910_554622199_oRozpoczęła się u nas nowa era, jak to mawia Duża. Era komunikacji!
Chyba chodzi jej o to, że rozumieją nas z Dużym coraz lepiej.  Faktycznie, jest nieźle, jeśli chodzi o te sprawy.
I oni też jakoś tak bardziej zrozumiale do nas mówią. Umiemy już pokazać, że mamy nosy i dużo problemów.
Nie wiem dokładnie, co to sa problemy, ale kazała nam pokazywać, że dużo, to pokazujemy, niech się cieszy kobiecina.
Duża też lubi, jak Filipek pokazuje, że ma dziurę w skarpecie. Nauczyła go tego babcia Inka i wszyscy się śmieją, chociaż moim zdaniem, dziura w skarpecie jest mało śmieszna. Raz mi się zrobiła i nie podobało mi się, bo paluszek mi utknął i to nie było zbyt wygodne. Na szczęście nie musiałem jakoś szczególnie protestować, bo Duża szybko zauważyła i zabrała mi tę skarpetę. No, ale wszyscy są zachwyceni tym, że babcia nauczyła Filipa pokazywać dziurę, nawet gdy jej nie ma i mówią, że dobrze, że uczy nas takich zabawnych rzeczy. Oni chyba nigdy dziury w skarpecie nie mieli, ale cóż.
A w ogóle, to najlepiej jest bez skarpet, bez dziur i tylko z problemami na głowie! Bo jak pokazujemy, to oni się cieszą, czyli znaczy się, dobrze, że mamy te problemy.
Filip lubi też pokazywać, że Duzi mają nosy, ale nie zawsze mu pozwalają, bo on lubi też wsadzać w te nosy swój palec i drapać, a potem Dużym lecą łzy, a Duża to nawet raz miała czerwoną kreskę z nosa, ciekawe, co? No i od tamtego czasu niechętnie pozwala Filipowi bawić się jej nosem. Ale spoko, Duża ma też oko, ucho i włosy, zawsze to jakaś rozrywka.
Obaj lubimy też pokazywać laaampę! Laaampa jest wysoko, świeci i jak pokazujemy, że ona tam jest, to Duża się zawsze śmieje, że się modlimy. No i dobrze, jak jej się to podoba, to dalej będziemy się tak modlimali.

W temacie protestu, to Filip obecnie jest protestantorem. Duży stwierdził, że Filipeusz zaprotestował przeciwko warzywom i faktycznie tak jest. Bo jak gadaliśmy, to mi powiedział, że ma już dość tego, że warzywa musi jeść, skoro jest tyle fajniejszych rzeczy, na przykład budyń, jogurt, banana, czy ostatnio brzoskwinia! No i uparł się i nie pozwala sobie dać ani troszkę brokułały czy innych warzywek, które ja, nie powiem, bardzo lubię i nie odmówię. Dużej podobno już ręce opadają, bo jak obiad ląduje na ziemi, na głowie, czyli wszędzie tylko nie w Filipka brzuszku, to jej właśnie opadają.
Łyżeczka też jej czasami opada, ale to już inna sprawa. W każdym razie, Filip powiedział, że wygra tę wojnę. Ale ja słyszałem, jak Duża szeptała do Dużego, że oni wygrają tę wojnę. No, jestem ciekaw, kto naprawdę wygra. Myślę, że ja! A-ha!

Ostatnio z Filipem miewamy czasami troszkę na pieńku. Bo on ma zawsze lepszą zabawkę! I ja ją chcę, więc mu zabieram.
Ale Duzi mówią, że nie wolno. A Filipowi z kolei mówią, że nie wolno mu mnie szczuć.
Dokładnie nie wyjaśnili, ale chyba chodzi o to, że on mi pokazuje zabawkę, jakby chciał dać, a potem zabiera i ja się złoszczę.
W każdym razie, no… czasami zdarzy się, że się nieco poprztykamy i obaj wtedy mamy karę: „miesiąc bez komputery„.
Tak do nas zawsze mówi, ale to nie ma dla nas znaczenia, bo nie wiemy, co to komputera. 
Wiemy za to, że wielu rzeczy nam nie wolno. Nie możemy na przykład bić kwiatów, ani obrywać z nich takich ładnych kolorowych cosiów, co się opłatki nazywają, nie wolno nam jeść kory ( a szkoda, bo wygląda ciekawie).  Duzi zabraniają nam nawet zjadać takie zielone kulki, co się winogrona nazywają, A Filipowi Duży ostatnio wyciągnął nawet robaka z buzi, a było tak blisko!  Naprawdę dużo nam zabraniają! Zabierać zabawek nie możemy, bić się nie możemy, mówię Wam… same „nie wolno nonono” w tym domu!

Na pladzabaw,  też nie możemy…zdziwieni? Bo ja już nie. Ale wiem, dlaczego. Bo Filip nie nosi butów!
Ja noszę, od dwóch dni.
Duża ostatnio się załamała, że nie chcemy nosić bucików, ale one takie zbyt wygodne nie są. Płakaliśmy, darliśmy się nawet, jak nam zakładali i myśleliśmy, że dali sobie już spokój. Ale nie… przyjechała babcia Atka i mnie kurka wodna wrobiła!
Nawet nie zauważyłem kiedy, miałem buty i chodziłem w nich. A skoro już raz chodziłem, to nie ma jak im ściemnić, że tak strasznie cierpię. I w sumie nie jest źle.
A do tego, Duża powiedziała, że pójdziemy na
pladzabaw, a tam mają taką inną podłogę, co się piasek nazywa. I ja chcę tam iść, bo nie wiem jeszcze, czy to jest fajne, czy nie. Ale musimy czekać, aż Filip założy też swoje buty. Dużej bardzo zależy,  żebyśmy chociaż przed osiemnastką założyli i nosili buty i mówię mu, żeby się pospieszył, bo ta osiemnastka, to chyba całkiem niedługo, skoro jej tak zależy. Ale Filip chce ich wziąć na przeczekanie, łudzi się, że oni go puszczą bez butów.
Coś mi się wydaje, że w tym temacie nie złamią się zbyt łatwo. No i mówię, buty nawet nie są takie złe! Tylko jedną wadę mają  - nie mam jak gryźć swojego palca u stópki, ale dobra tam, w łóżeczku sobie pogryzę.
Niech im będzie, ja zdążyłem do osiemnastki, muszę zmobilizować Filipa. Jakieś pomysły??? 

No, to  tak to u nas obecnie jest – Duzi nas rozumieją, też robią komunikację, podobno werbanalną, chociaż nigdy nam nie wyjaśnili jaka jest różnica.
Jakaś pewnie jest, może chodzi o to, że Duża zakłada sobie nasze spodenki na głowę i do nas gada śmiesznie i wtedy my też chcemy te spodenki i każdy z nas w takich gaciach sobie chodzi i jest fajnie. Duży na to mówi, że jesteśmy Dzika Banda Hipsterskich Królików, czy coś.
My lubimy mieć na głowach różne rzeczy, a że nie zawsze czapeczki są pod ręką, a Duża to chyba nawet swojej czapeczki nie ma, skoro nasze spodenki sobie zakłada, to co zrobić.
Jak żyć, jak żyć –  jak to mawia Duży. No jak żyć?  - normalnie, raz w czapeczce, raz w spodenkach. Na luzie, no nie?

Pozdrawiam Was niewerbanalnie! 

Mateusz

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii, Bliźniaki

 

Roczek, basen i wściekłe gacie, czyli zaczęło się lato…

08 lip

Długo nas tu nie było, a troszkę się działo. Tak ociupinkę Wam opowiem.

Mama (nasza Duża), powiedziała nam niedawno, że skończyliśmy rok. Mateusz mówi, że to jakaś ściema, bo on nie przypomina sobie, żeby jakikolwiek rok zaczynał. Wszystko, co zaczynamy robić, kończymy niemalże natychmiast i zazwyczaj o tym wiemy. Na przykład, w czasie obiadu, ja zaczynam marudzić i kończę, gdy obiad już znika, albo gdy Tata (nasz Duży) się poddaje i mówi :”Filip zjadł już bardzo dużo i nie daje sobie więcej wcisnąć”. Mateusz za to najczęściej zaczyna robić chaos i zniszczenie i kończy wtedy, gdy znajdzie tę jedną, jedyną rzecz, której pragnie w danej chwili, najczęściej jest to takie coś, co Duzi nazywają pilotem. My zawsze kończymy to, co zaczynamy i zazwyczaj wiemy, co robimy. Coś nam kręcą z tym rokiem!

No, ale z okazji tego, że udało nam się skończyć coś, co nie wiedzieliśmy nawet, że zaczęliśmy, Duzi zrobili wielki zlot innych Dużych w naszym ogrodzie. Były babcie i dziadkowie i inni Duzi, wiecie, te ciocie, wujki i inne kuzynki i kuzyny. Było ciekawie, nie powiem.

Najbardziej podobał nam się tort. A właściwie torty. Bo my z bratem dostaliśmy swoje własne torty – babcia je zrobiła i nam dała, żebyśmy zrobili z nimi co chcemy. Nie za bardzo zrozumiałem chyba, co miała na myśli, bo co ja niby miałem z nim zrobić? Zjadłem troszkę, troszkę pomiętoliłem go i zostawiłem, bo taki ładny do patrzenia. Może babci właśnie o to patrzenie chodziło? Mateusz za to zajął się swoim tortem w zupełnie inny sposób. Większość zjadł i rozwalił, a z resztą nie wiemy co się stało. Po cichu podejrzewamy, że nasz Duży go wciągnął, bo podobno wszystko, co słodkie wciąga jak odkurzacz. A my wiemy, jak mocno wciąga odkurzacz, bo Duża przy nas wciągała różne rzeczy i jeśli Duży tak umie, to łohoho..ten tort był biedny, nawet biedniejszy, niż kiedy Mateusz się nim zajmował. A inni Duzi też dostali inny tort, nie wiem dlaczego, czy tak zawsze się robi, że każdy dostaje swój, czy jak, w każdym razie nam go nie dali! No, ale mieliśmy swoje, więc już nie awanturowaliśmy się za mocno.

Potem dali nam takie różne rzeczy, z których mieliśmy sobie coś wziąć. Obaj wzięliśmy takie malusieńkie kubeczki, na które Duży mówił, że kieliszek. Śmiali się wszyscy, że akurat te kubeczki wzięliśmy, ale nie wiemy, co w tym śmiesznego. Oni też mają swoje kubki, my też chcemy mieć! A te były ładne, błyszczące i takie inne od naszych codziennych. Tylko nie pozwolili nam nimi rzucać, a szkoda. Taki mały to by leciaaaał.. ciekawie by się na to patrzyło. Ale mimo to, to spotkanie było całkiem, całkiem udane.

Jest teraz podobno lato. W związku z tym, Duży zrobił nam baseny. Basen, to taka wanienka w ogrodzie i nam sie bardzo, bardzo podoba. Wchodzi człowiek do tego miękkiego i ma wodę, dużo wody. Mateusz nauczył się szybko z niego wychodzić i do niego wchodzić, a że bardzo lubi chodzić tam, gdzie nie wolno – w basenie w zasadzie spędza mało czasu. Ale lubi to, uwierzcie. Po prostu woli bawić się przy „komprostowniku”  - takim wielkim pudle z różnymi śmierdzącymi rzeczami. Duzi nas stamtąd gonią, mówią, że jeszcze przyjdzie czas na zajmowanie się kompostem, a na razie mamy zostawić. Nie podoba nam się, że nas stamtąd przeganiają, tam musi być coś ważnego. Pewnie nie chcą, żebyśmy dowiedzieli się, co to jest, bo chcą mieć to dla siebie! Ale Mateusz pracuje nad planem przejęcia komprostownika, idzie mu to całkiem nieźle. A że my JUŻ UMIEMY CHODZIĆ, to myślę, że lada dzień komprostownik będzie nasz. Tak, jak stało się  z tym „kszakiem”, na który mówią porzeczka. Bo najpierw nam nie pozwalali zrywać zielonych kulek, gonili nas, mówili, że be, że będzie bolał brzuch a potem nagle już się poddali i możemy zrywać kuleczki, które zrobiły sie nagle czerwone co prawda, ale nam to nie  przeszkadza.  Poddali się – to się liczy! Z kompostem też się poddadzą, tylko jeszcze o tym nie wiedzą.

Czy Wy latem też macie wściekłe gacie? Bo my podobno mamy i Duzi w ogrodzie nam zdejmują pieluszki mówiąc, że lepiej zdjąć te wściekłe gacie, bo latem można się zamęczyć. Swoich pieluszek nie zdejmują, może im już nie przeszkadzają, nie wiem, ale Mateusz mówi, że jak będziemy duzi, jak mama i tata, to może nasze gacie będą mniej wściekłe. Bo Duzi wyglądają na całkiem spokojnych w swoich pieluszkach, a nam faktycznie trochę dokuczały w te gorące dni. Dobrze, że Duzi zrobili się już trochę domyślni i nas od pieluszek uwalniają w ogrodzie. Chciałem też w domu i raz prawie mi się udało i prawie bym siknął pięknie na tę kanapę, na którą nam nie pozwalają wchodzić, ale Duża z okrzykiem „nieeeeee”, dopadła do mnie i niestety mnie powstrzymała. Ale jeszcze ją prześcignę, spokojna moja głowa.

Dzisiaj więcej mówić nie będę, bo zmęczyłem się tym dniem, ale niebawem Mateusz opowie co nieco.

Dobranoc, pchłyna noc (co to jest pchłyna?). :)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii