RSS
 

Archiwum dla kategorii ‘Bez kategorii’

Kompot, francuz i koci ogon, czyli co jest nielegalne…

01 wrz

11886226_929702157093896_1054082469_o

Witanko!

My już chodzimy. Właściwie nawet można powiedzieć, że biegamy. Co prawda, zdarza nam się zatoczyć całkiem poważnie, ale i tak, chodzimy i biegamy. I Dużym prawie nie udaje się nas złapać. Prawie. Ale niedługo nie uda im się wcale!

Dzisiaj chciałbym trochę się na nich poskarżyć. Bo kto to widział, żeby wszystkiego człowiekowi zakazywać. Zwłaszcza takiemu Fircykowi jak ja, czy Filip! To naprawdę skandal.

A o to lista niektórych zakazów, nie wszystkich, bo jakbym miał mówić o każdym, to musiałbym nie iść spać.

Nie wolno nam bawić się w kompocie. Kompot, jak już chyba kiedyś mówiłem, to takie duże coś, co ma fajny zapach (chociaż Duża twierdzi, że tam śmierdzi). W kompocie jest bardzo dużo różnych rzeczy do jedzenia, liści, trawy. Duża nam zakazuje, bo mówi, że wyrzuca do kompotu resztki i my nie mamy ich jeść, bo jedzenie mamy w domu. A to, że człowiek, bawiąc się w ogrodzie, ma czasami ochotę przegryźć sobie taki chlebek z kompotu, czy skórkę od banany, albo innego liścia, to już nie ma dla niej żadnego znaczenia. Filip mówi, że chyba trzeba będzie zaprotestować. Usiąść pod tym kompotownikiem i stanowczo żądać dostępu do kompotu.
A, że my potrafimy stanowczo żądać, to chyba już wiadomo, prawda? Na razie staramy się brać ich, jak to mówi Duży, z partyzanta. Filip najczęściej odwraca ich uwagę zjadając szyszki z krzaka, który się tuj nazywa, a ja wtedy cichuteńko, na paluszkach zakradam się i biorę, co mi wpadnie w ręce: spleśniały (nie wiem, co to znaczy, ale Duża woła zawsze „zostaw! to spleśniałe!”) kawałek bułki, a to starą śliwkę, a czasami to się nawet duży liść trafi. I uciekam. Duża wtedy podobno zawału dostaje, bo biega między mną i Filipkiem, wyciągając jemu szyszeczki z buzi, a mi te moje skarby z rączki.  Nabiega się kobiecina, nabiega.

Mamy też zakaz jedzenia wszelkich fajnych rzeczy, typu kamienie, kora, czy właśnie- szyszki z tuja. Nie wiem, dlaczego tak im zależy, żeby tego nie brać do buzi, przecież to jest fajne! Kora smakuje całkiem nieźle, czasami przykleja mi się do języka, ale potrafię sobie sam ją wypluć i nie trzeba od razu dostawać, kapopleksji. Ostatnio Duży mówił do mnie, żebym wypluł tego kamienia, bo Mama dostanie kapopleksji. Nie wiem, po co te nerwy, bo rozumiem, że o nerwy mu chodziło. A ja sam podsłuchałem, jak Mama opowiadała, że jak była w naszym wieku, to zbierała na ulicy pety i je jadła. Nie wiem, co to są pety, ale też chyba zakazane, bo się z Dużym śmiali, że Babcia pewnie buzię Mamie szorowała mydłem. To ona mogła jeść pety, a my nie możemy?!

Ślimaki też są nielegalne. I skorupki od ślimaków też. Ja uwielbiam chodzić do tej rabaty, co Duzi zakazują deptać, bo tam jest tak dużo ślimaków. Znaczy, skorupek. Już mi Duża wyjaśniła, że ślimaków już tam nie ma, ale skorupki są i ich się nie jada. I ślimaków też mam nie jeść, bo podobno nie jestem francuzem. Ja wiem, że nie jestem francuzem, jestem Mateuszkiem i nie trzeba mi o tym wiecznie przypominać!

Mówię Wam, w tym domu ( i ogrodzie) wszystko jest nielegalne! „Nie rwij bluszczu, bo nielegalny”, „nie liż płotu, bo to nielegalne” i tak w kółko.

Ale w sumie, to nie narzekam, tak tylko opowiadam. Bo Duzi jak nam zakazują i dostają kapopleksji, to najczęściej się uśmiechają.
I wołają do nas i nas gonią, a wtedy jest niezła zabawa. Bo Duża to musi się nieźle nabiegać, żeby nas złapać, umiem dobiec aż do końca ogrodu i ona mnie dopiero wtedy łapie. Troszkę wolna jest, ale cóż, sama mówi, że starość nie radość.

Kociego ogonu też nie wolno nam brać do buzi. I w ogóle najlepiej nie łapać ani kociego ogonu, ani kota w całości. Po pierwsze, bo Duzi zakazują (oczywiście!), a po drugie, bo koty wcale tego sobie nie życzą. TaśTaś, co się Bobek nazywa, to nawet sam mi powiedział, że tego nie lubi – zrobił takie ssssssssss i jakoś tak widać było, że chyba chodzi mu o te włoski co go za nie złapałem.
Duża do nas dopadła i wykład oczywiście też był. (Wykład jest wtedy, gdy Duża nam tłumaczy dlaczego coś jest nielegalne, nie wszystko wtedy rozumiemy, ale to jej nie przeszkadza mówić).

Wiecie, czego fajnego jeszcze nam nie wolno? Wchodzić na kanapę! Bo my już umiemy takie rzeczy nawet. I Duża nie pozwala nam, jak jest z nami sama, bo mówi, że nie ogarnie nas. Bo Filip skacze jak pcheła, a ja bym najchętniej wszedł za kanapę.
To nieprawda, ja bym chętnie tę kanapę przesunął, bo się za nią normalnie nie zmieszczę. Jedno jest pewne – jak jesteśmy sami z Dużą albo z Babcią jedną, czy drugą, to nie wolno nam się wspinać.  Bo to jest oczywiście… nielegalne!

Wkładanie bratu palca do nosa, czy do oka też spotyka się ze sprzeciwami ze strony Dużej, a to taka fajna zabawa przecież!
Pomijam już rzucanie zabawkami w telewizor, czy stukanie ciężką zabawką w okno, bicie brata też jest zakazane, bicie mamy czy taty, czy babci też. Chcąc nie chcąc, musimy się poddać, bo ile można słuchać, że to jest zakazane, a tamto nielegalne. Chociaż i tak, samo próbowanie jest niezłą zabawą.Polecam! Szczególnie kamyki i szyszki z tuja.

No, to sobie ponarzekałem, poskarżyłem. Od razu mi lepiej. A jutro z rana powtórka z rozrywki. Może tym razem uda mi się zjeść ślimaka!

Na koniec tylko dodam, że jedno mnie dziwi. Że kąpiel w basenie i w wannie nie jest nielegalna. Przecież są takie fajne. A skoro Duzi tak nam zakazują samych fajnych rzeczy, to ciekawe, że tego jeszcze nie zakazali, prawda? Ale nie pytam ich o to, bo może sobie przypomną i faktycznie nam zakażą. A tak, chociaż coś mamy z tego życia na nielegalu.

Pozdrawiam!

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii, Bliźniaki

 

Nos, bójki i dziura w skarpecie, czyli komunikacja „niewerbanalna”…

24 lip

11264999_888998687830910_554622199_oRozpoczęła się u nas nowa era, jak to mawia Duża. Era komunikacji!
Chyba chodzi jej o to, że rozumieją nas z Dużym coraz lepiej.  Faktycznie, jest nieźle, jeśli chodzi o te sprawy.
I oni też jakoś tak bardziej zrozumiale do nas mówią. Umiemy już pokazać, że mamy nosy i dużo problemów.
Nie wiem dokładnie, co to sa problemy, ale kazała nam pokazywać, że dużo, to pokazujemy, niech się cieszy kobiecina.
Duża też lubi, jak Filipek pokazuje, że ma dziurę w skarpecie. Nauczyła go tego babcia Inka i wszyscy się śmieją, chociaż moim zdaniem, dziura w skarpecie jest mało śmieszna. Raz mi się zrobiła i nie podobało mi się, bo paluszek mi utknął i to nie było zbyt wygodne. Na szczęście nie musiałem jakoś szczególnie protestować, bo Duża szybko zauważyła i zabrała mi tę skarpetę. No, ale wszyscy są zachwyceni tym, że babcia nauczyła Filipa pokazywać dziurę, nawet gdy jej nie ma i mówią, że dobrze, że uczy nas takich zabawnych rzeczy. Oni chyba nigdy dziury w skarpecie nie mieli, ale cóż.
A w ogóle, to najlepiej jest bez skarpet, bez dziur i tylko z problemami na głowie! Bo jak pokazujemy, to oni się cieszą, czyli znaczy się, dobrze, że mamy te problemy.
Filip lubi też pokazywać, że Duzi mają nosy, ale nie zawsze mu pozwalają, bo on lubi też wsadzać w te nosy swój palec i drapać, a potem Dużym lecą łzy, a Duża to nawet raz miała czerwoną kreskę z nosa, ciekawe, co? No i od tamtego czasu niechętnie pozwala Filipowi bawić się jej nosem. Ale spoko, Duża ma też oko, ucho i włosy, zawsze to jakaś rozrywka.
Obaj lubimy też pokazywać laaampę! Laaampa jest wysoko, świeci i jak pokazujemy, że ona tam jest, to Duża się zawsze śmieje, że się modlimy. No i dobrze, jak jej się to podoba, to dalej będziemy się tak modlimali.

W temacie protestu, to Filip obecnie jest protestantorem. Duży stwierdził, że Filipeusz zaprotestował przeciwko warzywom i faktycznie tak jest. Bo jak gadaliśmy, to mi powiedział, że ma już dość tego, że warzywa musi jeść, skoro jest tyle fajniejszych rzeczy, na przykład budyń, jogurt, banana, czy ostatnio brzoskwinia! No i uparł się i nie pozwala sobie dać ani troszkę brokułały czy innych warzywek, które ja, nie powiem, bardzo lubię i nie odmówię. Dużej podobno już ręce opadają, bo jak obiad ląduje na ziemi, na głowie, czyli wszędzie tylko nie w Filipka brzuszku, to jej właśnie opadają.
Łyżeczka też jej czasami opada, ale to już inna sprawa. W każdym razie, Filip powiedział, że wygra tę wojnę. Ale ja słyszałem, jak Duża szeptała do Dużego, że oni wygrają tę wojnę. No, jestem ciekaw, kto naprawdę wygra. Myślę, że ja! A-ha!

Ostatnio z Filipem miewamy czasami troszkę na pieńku. Bo on ma zawsze lepszą zabawkę! I ja ją chcę, więc mu zabieram.
Ale Duzi mówią, że nie wolno. A Filipowi z kolei mówią, że nie wolno mu mnie szczuć.
Dokładnie nie wyjaśnili, ale chyba chodzi o to, że on mi pokazuje zabawkę, jakby chciał dać, a potem zabiera i ja się złoszczę.
W każdym razie, no… czasami zdarzy się, że się nieco poprztykamy i obaj wtedy mamy karę: „miesiąc bez komputery„.
Tak do nas zawsze mówi, ale to nie ma dla nas znaczenia, bo nie wiemy, co to komputera. 
Wiemy za to, że wielu rzeczy nam nie wolno. Nie możemy na przykład bić kwiatów, ani obrywać z nich takich ładnych kolorowych cosiów, co się opłatki nazywają, nie wolno nam jeść kory ( a szkoda, bo wygląda ciekawie).  Duzi zabraniają nam nawet zjadać takie zielone kulki, co się winogrona nazywają, A Filipowi Duży ostatnio wyciągnął nawet robaka z buzi, a było tak blisko!  Naprawdę dużo nam zabraniają! Zabierać zabawek nie możemy, bić się nie możemy, mówię Wam… same „nie wolno nonono” w tym domu!

Na pladzabaw,  też nie możemy…zdziwieni? Bo ja już nie. Ale wiem, dlaczego. Bo Filip nie nosi butów!
Ja noszę, od dwóch dni.
Duża ostatnio się załamała, że nie chcemy nosić bucików, ale one takie zbyt wygodne nie są. Płakaliśmy, darliśmy się nawet, jak nam zakładali i myśleliśmy, że dali sobie już spokój. Ale nie… przyjechała babcia Atka i mnie kurka wodna wrobiła!
Nawet nie zauważyłem kiedy, miałem buty i chodziłem w nich. A skoro już raz chodziłem, to nie ma jak im ściemnić, że tak strasznie cierpię. I w sumie nie jest źle.
A do tego, Duża powiedziała, że pójdziemy na
pladzabaw, a tam mają taką inną podłogę, co się piasek nazywa. I ja chcę tam iść, bo nie wiem jeszcze, czy to jest fajne, czy nie. Ale musimy czekać, aż Filip założy też swoje buty. Dużej bardzo zależy,  żebyśmy chociaż przed osiemnastką założyli i nosili buty i mówię mu, żeby się pospieszył, bo ta osiemnastka, to chyba całkiem niedługo, skoro jej tak zależy. Ale Filip chce ich wziąć na przeczekanie, łudzi się, że oni go puszczą bez butów.
Coś mi się wydaje, że w tym temacie nie złamią się zbyt łatwo. No i mówię, buty nawet nie są takie złe! Tylko jedną wadę mają  - nie mam jak gryźć swojego palca u stópki, ale dobra tam, w łóżeczku sobie pogryzę.
Niech im będzie, ja zdążyłem do osiemnastki, muszę zmobilizować Filipa. Jakieś pomysły??? 

No, to  tak to u nas obecnie jest – Duzi nas rozumieją, też robią komunikację, podobno werbanalną, chociaż nigdy nam nie wyjaśnili jaka jest różnica.
Jakaś pewnie jest, może chodzi o to, że Duża zakłada sobie nasze spodenki na głowę i do nas gada śmiesznie i wtedy my też chcemy te spodenki i każdy z nas w takich gaciach sobie chodzi i jest fajnie. Duży na to mówi, że jesteśmy Dzika Banda Hipsterskich Królików, czy coś.
My lubimy mieć na głowach różne rzeczy, a że nie zawsze czapeczki są pod ręką, a Duża to chyba nawet swojej czapeczki nie ma, skoro nasze spodenki sobie zakłada, to co zrobić.
Jak żyć, jak żyć –  jak to mawia Duży. No jak żyć?  - normalnie, raz w czapeczce, raz w spodenkach. Na luzie, no nie?

Pozdrawiam Was niewerbanalnie! 

Mateusz

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii, Bliźniaki

 

Roczek, basen i wściekłe gacie, czyli zaczęło się lato…

08 lip

Długo nas tu nie było, a troszkę się działo. Tak ociupinkę Wam opowiem.

Mama (nasza Duża), powiedziała nam niedawno, że skończyliśmy rok. Mateusz mówi, że to jakaś ściema, bo on nie przypomina sobie, żeby jakikolwiek rok zaczynał. Wszystko, co zaczynamy robić, kończymy niemalże natychmiast i zazwyczaj o tym wiemy. Na przykład, w czasie obiadu, ja zaczynam marudzić i kończę, gdy obiad już znika, albo gdy Tata (nasz Duży) się poddaje i mówi :”Filip zjadł już bardzo dużo i nie daje sobie więcej wcisnąć”. Mateusz za to najczęściej zaczyna robić chaos i zniszczenie i kończy wtedy, gdy znajdzie tę jedną, jedyną rzecz, której pragnie w danej chwili, najczęściej jest to takie coś, co Duzi nazywają pilotem. My zawsze kończymy to, co zaczynamy i zazwyczaj wiemy, co robimy. Coś nam kręcą z tym rokiem!

No, ale z okazji tego, że udało nam się skończyć coś, co nie wiedzieliśmy nawet, że zaczęliśmy, Duzi zrobili wielki zlot innych Dużych w naszym ogrodzie. Były babcie i dziadkowie i inni Duzi, wiecie, te ciocie, wujki i inne kuzynki i kuzyny. Było ciekawie, nie powiem.

Najbardziej podobał nam się tort. A właściwie torty. Bo my z bratem dostaliśmy swoje własne torty – babcia je zrobiła i nam dała, żebyśmy zrobili z nimi co chcemy. Nie za bardzo zrozumiałem chyba, co miała na myśli, bo co ja niby miałem z nim zrobić? Zjadłem troszkę, troszkę pomiętoliłem go i zostawiłem, bo taki ładny do patrzenia. Może babci właśnie o to patrzenie chodziło? Mateusz za to zajął się swoim tortem w zupełnie inny sposób. Większość zjadł i rozwalił, a z resztą nie wiemy co się stało. Po cichu podejrzewamy, że nasz Duży go wciągnął, bo podobno wszystko, co słodkie wciąga jak odkurzacz. A my wiemy, jak mocno wciąga odkurzacz, bo Duża przy nas wciągała różne rzeczy i jeśli Duży tak umie, to łohoho..ten tort był biedny, nawet biedniejszy, niż kiedy Mateusz się nim zajmował. A inni Duzi też dostali inny tort, nie wiem dlaczego, czy tak zawsze się robi, że każdy dostaje swój, czy jak, w każdym razie nam go nie dali! No, ale mieliśmy swoje, więc już nie awanturowaliśmy się za mocno.

Potem dali nam takie różne rzeczy, z których mieliśmy sobie coś wziąć. Obaj wzięliśmy takie malusieńkie kubeczki, na które Duży mówił, że kieliszek. Śmiali się wszyscy, że akurat te kubeczki wzięliśmy, ale nie wiemy, co w tym śmiesznego. Oni też mają swoje kubki, my też chcemy mieć! A te były ładne, błyszczące i takie inne od naszych codziennych. Tylko nie pozwolili nam nimi rzucać, a szkoda. Taki mały to by leciaaaał.. ciekawie by się na to patrzyło. Ale mimo to, to spotkanie było całkiem, całkiem udane.

Jest teraz podobno lato. W związku z tym, Duży zrobił nam baseny. Basen, to taka wanienka w ogrodzie i nam sie bardzo, bardzo podoba. Wchodzi człowiek do tego miękkiego i ma wodę, dużo wody. Mateusz nauczył się szybko z niego wychodzić i do niego wchodzić, a że bardzo lubi chodzić tam, gdzie nie wolno – w basenie w zasadzie spędza mało czasu. Ale lubi to, uwierzcie. Po prostu woli bawić się przy „komprostowniku”  - takim wielkim pudle z różnymi śmierdzącymi rzeczami. Duzi nas stamtąd gonią, mówią, że jeszcze przyjdzie czas na zajmowanie się kompostem, a na razie mamy zostawić. Nie podoba nam się, że nas stamtąd przeganiają, tam musi być coś ważnego. Pewnie nie chcą, żebyśmy dowiedzieli się, co to jest, bo chcą mieć to dla siebie! Ale Mateusz pracuje nad planem przejęcia komprostownika, idzie mu to całkiem nieźle. A że my JUŻ UMIEMY CHODZIĆ, to myślę, że lada dzień komprostownik będzie nasz. Tak, jak stało się  z tym „kszakiem”, na który mówią porzeczka. Bo najpierw nam nie pozwalali zrywać zielonych kulek, gonili nas, mówili, że be, że będzie bolał brzuch a potem nagle już się poddali i możemy zrywać kuleczki, które zrobiły sie nagle czerwone co prawda, ale nam to nie  przeszkadza.  Poddali się – to się liczy! Z kompostem też się poddadzą, tylko jeszcze o tym nie wiedzą.

Czy Wy latem też macie wściekłe gacie? Bo my podobno mamy i Duzi w ogrodzie nam zdejmują pieluszki mówiąc, że lepiej zdjąć te wściekłe gacie, bo latem można się zamęczyć. Swoich pieluszek nie zdejmują, może im już nie przeszkadzają, nie wiem, ale Mateusz mówi, że jak będziemy duzi, jak mama i tata, to może nasze gacie będą mniej wściekłe. Bo Duzi wyglądają na całkiem spokojnych w swoich pieluszkach, a nam faktycznie trochę dokuczały w te gorące dni. Dobrze, że Duzi zrobili się już trochę domyślni i nas od pieluszek uwalniają w ogrodzie. Chciałem też w domu i raz prawie mi się udało i prawie bym siknął pięknie na tę kanapę, na którą nam nie pozwalają wchodzić, ale Duża z okrzykiem „nieeeeee”, dopadła do mnie i niestety mnie powstrzymała. Ale jeszcze ją prześcignę, spokojna moja głowa.

Dzisiaj więcej mówić nie będę, bo zmęczyłem się tym dniem, ale niebawem Mateusz opowie co nieco.

Dobranoc, pchłyna noc (co to jest pchłyna?). :)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Gościna, pani Lala, foteliki i przy kazanie, czyli to już zupełnie inna bajka…

02 maj

Od jakiegoś czasu podobno lubimy się gościć. To znaczy, Duzi polubili chyba chodzenie do innych ludzi, bo nagle zaczęli nas zabierać. I okazuje się, że poza naszym domkiem, jest całkiem dużo fajnych miejsc. Byliśmy nawet w Mieście! Miasto, to takie miejsce, gdzie można dostać wafelka, zobaczyć duuużo ludzi i różne dziwne rzeczy. Pojechaliśmy takim większym samochodem, który Duzi nazywają ałtobusem i powiem Wam, że było całkiem przyjemnie. Filip trzymał jakąś poręcz, podobno jak rasowy i profesjonalny pasażer. Mówił mi, że tak mu się lepiej jechało, bo ogólnie, to troszkę dziwne to było. Wózek stał, ale jakby jechał, nic z tego nie rozumiem.

Nasza babcia Atka, to ma taką koleżankę, panią Lalę. My podobno ją znamy, ale nie pamiętamy, bo mamy małe móżdżki jeszcze i nie wszystko się zapisuje. Tak powiedziała ostatnio Duża. No i Duża bardzo lubi panią Lalę, bo mówiła ostatnio, że ma nadzieję, że znowu się z nią zobaczy. No, ale skoro tak chce, to po co nie zawoła panią Lalę do nas? My lubimy się gościć, ale lubimy też mieć gości w naszym domku. Bo wtedy możemy pokazywać nasze zabawki, nasz kojec i nasze łóżeczka. A Duża z Dużym dają nam rózne fajne przedmioty, gdy nas karmią. Dziś mi dała takie sitka. Nie powiedziała do czego są, ale mi sie dobrze bawiło w „chowaj się” z nimi. Bo Duża mnie za nimi prawie nie widzi. W ogóle, zabawa w „chowaj się” jest przyjemna, bo jak patrzę na ścianę, to Duża mnie nie widzi. Wcale! A jak się odwracam, to nagle jestem i ona się wtedy tak mocno cieszy. Nadal, jak widać, zbyt wiele jej do szczęścia nie trzeba. ;)

W każdym razie, mam nadzieję, że ta pani Lala do nas przyjedzie znowu. Bo podobno ma takie włosy, za które by się bosko ciągnęło, ma okurary – babcie też mają okurary i nigdy mi nie dają się nimi bawić. Może pani Lala by nam dała swoje? Myślę, że całkiem dobrze by się nimi rzucało tu i  tam…

Nie ma żartów i to już zupełnie inna bajka. Tak powiedział Duży. Bo my już jesteśmy tacy urośnięci, że nam kupili zupełnie nowe foteliki do auta. Dzisiaj nas w nich posadzili, a jutro mamy mieć w nich swoją pierwszą podróż. Nie wiem, czy to dobrze, czy źle, ale może będzie ciekawiej, skoro to jakaś inna bajka jest. Tylko dlaczego nie ma żartów? Znaczy, jak siedzimy w tych fotelikach, to mamy być poważni? Zobaczymy jutro, czy nam się spodoba. Filip powiedział, że nie jest przekonany, ale my nie lubimy już naszych starych fotelików, więc mówię mu, żeby nie marudził, bo nas wpakują w stare i będą tak wozić na zawsze. A mnie się to nie podoba, bo te foteliki są ciasne, niewygodne i ja się nie zgadzam!

Duża, to też mówi, że nie ma żartów, i że nonono! mówi tak, gdy Filip mi zabiera mój smoczek w wózku, albo gdy ja sprawdzam paluszkiem, czy Filipek ma na pewno oko na miejscu. I powiedzieli nam dzisiaj, że w naszym domu od teraz jest dodatkowe, jedenaste przy kazanie: „nie okradaj brata swego ze smoka jego”. Wiecie może o co chodzi, że to przy kazanie? Smoków, to faktycznie może lepiej nie kraść bo ja nie lubię, jak mi Filip zabiera mojego a ja wtedy tak troszkę czuję sie na sznurku bo mój smoczek jest na łańcuszku i on mnie wtedy tak trzyma na nim. A nie zawsze chce mi się walczyć.

Duża mówi, że my jesteśmy jak te wojownicze żółwie nindża  - szybcy i skuteczni. Zwłaszcza, gdy nas puszcza na podłogę. Podłoga, moi drodzy, to już naprawdę zupełnie inny świat! Ale o tym opowie Filipek, bo bardzo chciał i sobie tę bajkę zaklepał. Obiecał nawet, że przez sekundę mi nie ukradnie smoka, jeśli pozwolę mu to opowiedzieć. Co zrobić… Czasami trzeba ustąpić, dla dobra sprawy i smoka własnego.

Tymczasem, pozdrawiam. Oraz szybko i skutecznie się schowam. Nie ma mnie! Pa! ;-)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii, Bliźniaki

 

Bliźniaki kontra babcia, podwójne uderzenie i donica, czyli w kupie siła…

17 mar

Będzie, będzie zabawa, będzie się działo i znowu nocy będzie mało! – taką piosenkę śpiewa nam ostatnio Duża i mówi, że to o nas. Zabawa jest owszem, ale nocą wcale nic ciekawego się nie dzieje. Czasami się obudzimy, bo jeść nam się chce, albo zaboli nas ząbek, co wychodzi, ale bez przesady, my tam się wysypiamy.

Duzi nas nie doceniają i przekonała się o tym babcia Atka. Otóż Mateusz jak zwykle rano, wyprodukował swoją broń bibelogiczną, potocznie zwaną Wielką Śmierrrrdzącą Kupą Z Piekła Rodem i babcia musiała oczywiście mu tę kupę zabrać. No bo po co zostawiać człowiekowi jego własną kupę. Nie, trzeba zabrać, wyrzucić i dać nową pieluszkę, wygodną, owszem, ale jednak całe to zabieranie, mycie, zmienianie… to taki wysiłek, zupełnie niepotrzebny nikomu! No, ale skoro już tak muszą, niech tak robią, próbujemy walczyć, ale zawsze nas oszukają, bo dadzą coś do zabawy. W każdym razie, babcia zmieniła pieluszkę Mateuszkowi i okazało się, że jego rajstupki się gdzieś zapodziały i musiała iść po nowe. Wsadziła więc Matiego do końca  w pieluszce i poszła na chwilę do góry. (Koniec to takie coś ze szczebelkami, jak łóżeczka,ale większe i nie takie miękkie, ale też fajne, bo można się w nim turlać, pełzać i nawet stać!) Mateusz sobie leżał w tym końcu, bo mu się stać nie chciało, po czym zdjął pieluszkę, bo przecież bez pieluszki jest o wiele fajniej. Wchodzi babcia, a Mati leeeeje i leeeeje na podłogę, na łóżeczko stojące obok, na siebie. Dobrze, że ja nie dostałem, bo musiałbym mu oddać! Babcia za głowę się złapała i musiała zając się tym bajzelem, który Mateusz -”tenurwipołeć” zrobił. I to było fajne, bo ja wtedy miałem czas dla siebie. A, że babcia zostawiła na schodach moją miseczkę z resztą kaszki od śniadania i z końca było do niej blisko, to pobawiłem się w smarowanie. Wiecie, jakie to jest przyjemne? Smaruje człowiek kaszką takie szczebelki, podłogę, schody, kocyk… Ale najfajniej smaruje się własne rączki i buzię. Troszkę sobie przy tym pojadłem jeszcze. Było naprawdę miło. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego babcia złapała się za głowę drugi raz. Przecież nie nasikałem nigdzie! A mogłem!

Jak już babcia sobie posprzątała i, niestety, umyła mnie z kaszki, to ubrała nas na spacer. Mateusz czekał w łóżeczku w korytarzu, aż babcia mnie wykończy i nudził się. A Duzi mają takie fajne różne cosie, co się kwiaty nazywają. I już niejeden raz mieliśmy ochotę to zrzucić i zobaczyć co będzie. I dzisiaj Mateusz miał już taki kwiat z donicą w ręce! Już ją zrzucił z szafki, ale akurat wpadła Duża i niestety w ostatniej chwili złapała kwiat. SuperHardkorMamaCoPsujeZabawę – to jest nasza Duża. Łapie donice w locie i jeszcze się cieszy. Ale spokojnie, spokojnie. Jak już wiemy, że tak można – odczekamy, uciszymy ich czujność i przyatakujemy. .

Duża w każdym razie powiedziała, że się zaczęło. Podwójne Uderzenie jakieś, że zaczyna się jazda z górki bez trzymanki i pewnie niedługo konieczny będzie remont. Co to jest remont? Na pewno coś fajnego i dziwię się, że jeszcze nam tego nie dali.

A w ogóle, to ja umiem już stawać na kolankach i prawie siadać. Nie miałem na to ochoty, ale Mateusz mówił, że więcej wtedy widać i faktycznie. Podobało mi się, jak zobaczyłem więcej. I w wózku też siedzimy. Okazuje się, że na spacerach jest dużo więcej do oglądania, niż niebo. Dlaczego oni tak długo to przed nami ukrywali? Spiskują, jak nic. Ale co tam, my też spiskujemy. Teraz już oficjalnie nadajemy, bo oni nas i tak nie rozumieją.

Duża mówi, że mam pozycję „Na Surykatkę” jak staję na kolankach. A babcia Inka mówi, wyglądam wtedy jak piesek pjejrowy. Wyglądam, jak wyglądam, ważne, że widzę więcej.

Dzięki temu, że mamy fajne duże okno, widzimy nie tylko różne rzeczy, ale przeróżnych Dużych. I mamy też koleżankę. Przechodzi codziennie obok naszego okna i do nas macha. Duża mówi, że ją do nas zaprosi kiedyś, ale, że podryw odpada, bo ona jest dla nas za stara. Podobno ma dużo więcej lat niż my, bo aż dziewięć. A co mnie obchodzi ile ona ma lat? Ja nie mam lat wcale i czy to jest jakiś problem? I tak będę się do niej uśmiechał i mrugał do niej a Mateusz na pewno ją ściśnie z całą siłą swojej sympatii. Boleśnie, czyli.

No nic, nagadałem się, a teraz uciekam, bo odkąd pełzamy i raczkujemy, w domu jest tyle do zrobienia, że nie wystarcza nam czasu. Czy wiecie, że można wkładać palce do końtaktów? Niestety u nas nie można, bo Duzi coś powkładali w nie, jak zwykle – zostawiają najlepsze dla siebie. Jestem tego pewien, bo widziałem, jak Duży wyciąga to coś z końtaktu i potem grzebie przy tym i wkłada coś innego. Oni się bawią, a nam nie dają! Nie dam im mojego gryzaka, o!

Miłego dnia życzę i radzę z nami nie zadzierać. Duży mówi o nas: „Mafia z Mińska – Mateusz zaślini a Filip zajęczy na śmierć”.

I z tym pokojowym ostrzeżeniem, żegnam się mile, życząc przyjemnego dnia!

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii, Bliźniaki

 

Człowiek demolka, zasypianie i korzonki, czyli Duzi mają z nami wesoło…

05 lut

grfMateusz jest podobno Człowiekiem Demolką z czterema zębami. Nie powiedzieli nam Duzi, skąd taka naimia, ale chyba chodzi o to, że potrafi różne rzeczy i wszystko gryzie, nawet Dużych. Na przykład ostatnio nauczył się demontażować łóżeczko. Wyciąga sobie szczebelek i się nim bawi. Duża mówi, że niezły z niego Dart Wejder i rycerz dżedaj z jakichś gwiazdowych wojen. Mateusz mówi, że niech sobie go nazywają jak chcą, byle by mu szczebelka nie zabierali. Szczebelek jest fajny i można z nim robić różne rzeczy, na przykład uderzać w co się da i w różnych Dużych.

Mati potrafi też przestawić sam nasze duże pudełko z zabawkami. Babcia Jasna mówi, że on jest następnym pudzianem. Co to jest pudzian? On nie jest żadnym pudzianem, tylko moim bratem, sami mi to mówią każdego dnia! A to, że umie przestawiać wszystko, to nie jego wina. Jest silny i fajnie, przynajmniej sobie poradzi, tak mówi Duży. Ja też sobie podobno poradzę, chociaż jestem nieco mniejszy, ale podobno jestem tak samo sprytny i też silny. Bo jak pociągnę Dużą za włosy to piszczy tak samo, jak wtedy, gdy Mateusz ją ciągnie. I też umiem uszczypnąć tak jak Mateusz. Pudełka nie przestawiam, bo to jest zwyczajnie nudne. Mateusz to lubi, a ja wolę do pudełka wchodzić. Kiedyś wejdę do niego cały! Na razie nie udaje mi się to do końca, bo ciągle źle coś robię. Ale uda mi się, zobaczycie.

Duzi sie nieco ostatnio zdziwili…. Otóż myśleli, że nas zaprogramowowali, tak, że zasypialiśmy od razu po kąpieli, czasem jeszcze po mleczku. No i faktycznie tak było, zasypialiśmy niemalże od razu, bez problemu, bo byliśmy zmęczeni. Ale ostatnio już nam się tak nie chce spać. Bo okazuje się, że właśnie po kąpieli jest bardzo fajnie. Możemy sobie, każdy w swoim łóżeczku, gadać i się śmiać, a Duzi nic nie mogą zrobić. Próbują nas uśpić, ale się w końcu poddają i pozwalają nam pogadać aż się zmęczymy. Mateusz wtedy wstaje (zapomniałem powiedzieć, że Mati już stoi w łóżeczku!). Podskakuje i próbuje dostać się do mnie, ale to nic, że mu się nie udaje. Bo siada sobie wtedy  i dynda nóżkami poza łóżkiem, a ja sobie leżę na brzuszku i obgadujemy Dużych. A oni nic, a nic nie rozumieją! Możemy sobie knuć, kogo osikamy, kogo Mati uszczypnie i kogo pociągniemy za włosy. Umawiamy się, że na widok dziadków płaczemy, bo przecież nie może być tak, że do każdego się uśmiechamy- jeszcze pomyślą, że z nami jest łatwo. Lepiej, żeby myśleli, że trzeba się przy nas nachodzić, bo jeszcze się im znudzimy, no nie? Duża powiedziała, że to, co kosztuje dużo wysiłku, zazwyczaj jest go warte, więc trzymamy się tej idei. No i zasypianie programowowane  się skończyło. Za to jaką my mamy zabawę! Jest strasznie wesoło i nawet Duzi wtedy się śmieją, podobno z bezsilności. Fajna ta bezsilność musi być, skoro aż tak się śmieją, no nie?

W ostatnim czasie dużo czasu spędzały z nami obie babcie. Bo naszej Dużej skoczyły jakieś korzonki na plecy. Nie wiem, czemu sobie ich nie zdejmie. Jak  jeden albo drugi Koty wskoczy do naszych łóżeczek, to Duża go zdejmuje, a czemu tych korzonków z pleców nie może zdjąć? Przez te korzonki mało z nami jest, bo nie może nas podnosić i nosić. Nie jest tragicznie, bo Babcie są fajowe i z nami dużo czasu spędzają, tak samo nasz Duży, więc nie płaczemy. Ale lubimy naszą Dużą i chcemy, żeby z nami była więcej, a ona tylko z tymi korzonkami. Ale chyba też nie jest jej zbyt fajnie, bo jak przychodzi do nas, to mimo, że ma te korzonki to jednak się do nas zbliża i przytula i gada z nami. No i bawi się z nami w Atak – matki- wariatki. Też chyba lubi z nami być, tak jak my z nią. Może się niedługo dowie, jak zdjąć te korzonki i znowu będzie tyle ile wcześniej. Duży mógłby coś zrobić z tymi korzonkami na jej pleckach, w końcu ma duże ręce, mógłby zdjąć! Mateusz mówi, że trzeba po prostu  wyszczypać i wyplaskaczować jej te plecy to od razu jej przejdzie. Bo jak splaskaczował i wyszczypał kiedyś Babcię Jasną, to jej się od razu spać odechciało- sama tak mówiła Dużej. Więc może właśnie to jest sposób? Musimy jutro z Mateuszem spróbować. Odwrócę uwagę Dużej a Mateusz zadziała, zademoluje i może korzonki uciekną.

W ogóle to Babcie obie są naprawdę fajne. Strasznie dużo różnych piosenek nam śpiewają, obiadki dają i fajne deserki. A ostatnio to jedliśmy ogórka skiszonego,  zupę , pomidororową  i jogurt z kozy- bardzo nam to smakowało. Ale najfajniejsza, taka najbardziej najfajniejsza jest BUŁA! Buła to takie coś co dają nam do rączek i sobie możemy gryźć i miętolić, aż się rozpada i wtedy zabierają. Już chyba o tym mówiłem. Lubimy japka i inne banany, ale bułę lubimy najbardziej! A Babcia Ciemna to mówi, że nam musi gacie zmienić, bo chyba coś w nich jest, po czym zmienia nam pieluszkę. Wychodzi na to, że pieluszka ma też inną  - gacie. Fajnie, podoba nam się.

Mateusz stoi! Już o tym wspomniałem, wiem. Duży mówi, że z niego jest mały bandyta, że teraz jak już stoi, to wszystko trzeba będzie pochować, bo zacznie zaraz chodzić. Na razie tylko raczkuje i się nie poddaje. Mateusz jest bardzo uparty i jak coś chce zrobić, to tak długo próbuje, aż mu się uda. Ja z kolei wychodzę z założenia, że co się będę spinał. Nie spieszy mi się do siadania, bo i tak mnie noszą, ale próbuję stawać. I z pomocą Babci mi się to udaje. Siadanie z tego, co widziałem jak Mateusz to robił, jest nudne. Za to stawanie jest o wiele ciekawsze, można sięgać różne rzeczy, których się nie dosięgnie siedząc. Nie umiem jeszcze raczkować, ale się uczę, za to i tak potrafię się przemieszczać – kulając się. Uważam, że to jest naprawdę fajny sposób poruszania się. Dziwię sie, że Duzi tego nie robią. Muszę im podpowiedzieć, żeby spróbowali się pokulać czasami- to jest naprawdę rewelacyjne.

Jeszcze na koniec dodam, że jestem podobno pankiem jakimś. Bo na głowie włoski mi się układają tak, że Duża mówi, że tylko na cukier mi je postawi i będę miał rasowego pankowego irokeza. Niech sobie stawia te swoje czerwone włosy, a moje niech lepiej zostawi w spokoju. Wystarczy mi, że co wieczór mi je wyczesują, nie lubię tego za bardzo. Jakby mi jeszcze jakimś cukrem je stawiała – nie wiem, czy by mi się to podobało. Jak sobie tak zrobi i mi pokaże, że to nie boli i wygląda fajnie, to może się zgodzę. Z tego, co Duża do nas mówi, to wynika, że Mateusz ma skinheda na głowie a ja panka – a ja nie mam kogo zapytać, czy to dobrze, czy źle. No, ale zawsze to lepiej, niż gdybyśmy mieli mieć czerwono na głowie jak Duża. Ona nam się podoba, ale obaj z Mateuszem stwierdziliśmy, że dobrze, że nie urodziliśmy się z czerwonymi włoskami. Jakoś tak chyba by nam to nie pasowało. Wydaje nam się, że my, Fircyki jednak lepiej wyglądamy tak, jak wyglądamy. A ryzyko było, bo podsłuchałem kiedyś, że oboje mamy różne rzeczy po Dużych- kolor oczu, kształt uszu, paluszki u rączek, uśmiechy i nawet miny, więc takie czerwone włosy też mogliśmy mieć, o zgrozo!

No nic, czas iść już spać. Jutro kolejny dzień, kiedy Duża będzie miała korzonki na plecach, Babcia nas zabierze na spacer i pokaże śnieg. Wiecie, co to jest śnieg? Podobno jest fajny, ale na razie nie dali nam go zjeść, więc jeszcze nie zdecydowałem, czy go lubię. Wygląda jak jogurt z kozy, ale nie wiem jeszcze, czy tak smakuje. Zobaczymy, jak już nam go dadzą. Na razie tylko pozwalają nam go oglądać. I podobno ten śnieg robi coś takiego, że Duży będzie bałwanem na balkonie, czy coś. Nie wiem dokładnie, bo słuchałem już zasypiając, ale Babcia coś takiego mówiła, że skoro jest śnieg, to może Duży zrobi z siebie bałwana na balkonie. Poczekamy, zobaczymy.

Tymczasem dobranoc. Muszę się wyspać, bo jutro dalej będę stawał i zaczepiał Mateusza i firanę. Pa!

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Ręka z nogą, brokułała na ścianie, szpinak na firanie, czyli obiad…

09 sty

Ściema! (nauczyłem się nowego powitania, fajne, co?)

To ja, Filipek! Mateusz zasnął, gadulec jeden, więc ja mogę coś powiedzieć od siebie.

Dzisiaj mam w głowie obiad. Bo obiad, moi drodzy, to taka w sumie fajna rzecz. Dostaje taki fircyk jeść, brzuszek się napełnia miło, ciepło się robi, smakuje całkiem znośnie, chociaż od wczoraj najbardziejbardziej lubię gojurt z malinami. W każdym razie obiad smakuje też całkiem nieźle, szczególnie, gdy jest w nim dyń. Ale najlepsza rzecz związana z obiadem, to jest zabawa. A możliwości do zabawy jest mnóstwo. Bo Duża na przykład daje mi przy foteliku takie coś, na co mówi pałonk, i na nim są dyndadełka, którymi mogę się bawić. Duża wtedy robi sobie takie zawody w celowanie- żeby nie trafić łyżeczką w dyndadełka, tylko do mojej buzi. A ja, oczywiście, jej to bardzo, ale to bardzo utrudniam. No sami powiedzcie, czy to nie jest śmieszne, jak brokułała ląduje na zabawce, albo na pałonku?

Z Mateuszem mamy już zbiór ulubionych miejsc, w których obiadek może wylądować i sposobów na to. Bardzo wesoło jest, gdy brokułała z mięskiem ląduje na zabawce, to już ustaliliśmy. I jest to dość proste- wystarczy lekko ruszyć nóżką, kiedy łyżeczka jest już blisko. Zazwyczaj wtedy Duża komentuje, że dodiaska się stała i nas to bawi bo musi czyścić, bo inaczej my się też ubrudzimy. Robi się wtedy wyścig, kto będzie szybszy, czy ona czyszcząc nas czy my, brudząc co się da. No, ale jak powiedziałem, to akurat jest ta łatwa część. Są trudniejsze miejsca do ubrudzenia obiadkiem. Na przykład firana. Żeby strzelić papką w firanę, należy tak mocno ruszać rączkami i tak szybko, żeby Duża nawet nie zauważyła, że łyżeczka, a najlepiej miseczka, poleciała w górę. Niestety jest jeden problem – od czasu gdy Mateuszkowi się to udało (jest miszczem), Duża nie karmi nas już w pobliżu firany. No, ale może Babcia kiedyś nas tam nakarmi, jedna albo druga. One nie znają chyba wszystkich naszych sposobów jeszcze, więc jakąś szansę mamy.

Innym ciekawym miejscem jest czoło i w ogóle buzia Dużej. Udało nam się kilka razy strzelić w Dużą, ale zazwyczaj daliśmy radę ubrudzić jej ubranko. Dużemu na spodnie czasami coś pójdzie i też ma dodiaskę wtedy, bo mówi, że dodiaska jest.  Buzia, czoło albo nos – to jest cel prawdziwego miszcza! Mateusz był blisko już, prawie mu się udało, ale Duża niestety się wycwaniła i nie przysuwa sie tak blisko. Jestem pewien, że kiedyś popełni jakiś błąd. W końcu mamy swoje sposoby – ja wiem, jak mam na nią patrzeć, żeby zmiękła, ha!

Nie udało nam się niestety jeszcze trafić w ścianę. A dużo tych ścianów jest, więc w sumie dziwna sprawa. Duzi karmią nas zazwyczaj dość daleko od nich i jakoś tak nie widać, żeby mieli to zmienić. No, ale każdego dnia odkrywamy nowe ciekawe miejsca do udekorowania. Wiecie, co to jest kanapa? No własnie… idealne miejsce, prawda? Jedyny problem polega na tym, że Duzi zazwyczaj karmią nas właśnie z dala od potencjalnych celów. Mam wrażenie, że oni nas naprawdę podsłuchują. A my tak uważamy… Mateusz najczęściej odwraca uwagę Dużych swoim śmiechem, wtedy ja się rozglądam i robię ten no.. rekonwalesans,  znajduję nowe miejsca, które możnaby nieco pokolorować. Bo nie wiem, czy wiecie, ale nasze obiadki są fajnie kolorowe. Skoro Duzi lubią kolory, a lubią, bo mają je w domu, to dlaczego tak się bronią przed naszymi zabawami?

Tak poza obiadem, to Mateusz już siada. Zupełnie sam!  I jak usiądzie to siedzi. Czasami zdarzy mu się walnąć główką w szczebelek albo utknąć między szczebelkami, ale wtedy woła i któreś Duże go ratuje. Mnie też ratują, bo ja lubię wędrować i też mi się zdarzy, że nóżkę za daleko wsunę za szczebelki i nie wiem jak ją uwolnić. Daliby sobie spokój z tymi szczebelkami – po co nam one? Tylko się człowiek o nie obija, bez seeensu.

A ja nauczyłem się, że mogę wytykać język. Nie wiem co Dużych w tym śmieszy, ale najwyraźniej im niewiele trzeba do tego, by ich rozbawić. Mają dość proste poczucie humoru, jak już kiedyś chyba wspominałem. I też lubię siadać, ale sam jeszcze nie umiem. Nie spieszy mi się, bo Duża powiedziała, że jak już usiądziemy, to zaraz zaczniemy chodzić a wtedy to już odkurzać w rączkę i jazda. A ja wiem, jak wygląda odkurzacz i co robi i wcale nie chce mi się chodzić po naszym domku i robić ten cały hałas. Niech go sobie Duża robi, nie wiadomo w ogóle po co. Chodzi z tym odkurzaczem po domu i tylko wieje i wyje nam. Co prawda lubimy ten hałas, bo nas uspokaja, ale nie widzę potrzeby, żebym ja miał z tym po domu chodzić, jestem przecież bardzo spokojny… ;)

Tymczasem pora spać. Jeśli jutro dostaniecie obiadek- pobawcie się w strzelanie w ścianę, może chociaż Wam się uda! Dajcie znać, jak poszło, bo ja jestem ciekaw, czy na ścianie to się trzyma jak firany.  Powodzenia. :)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Biskup, „baletmiszcz” i bechape, czyli przemeblowany nowy rok…

04 sty

Witanko, uszanowanko!

Nauczyłem się tego powiedzenia od Dużej i nie zawaham się go użyć! A zatem, witanko, uszanowanko, podobno mamy nowy rok. A co było nie tak z tym, co teraz jest stary? Czy Duzi wszystko zawsze muszą zmieniać? Ale od początku…

Podobno wystawiam dłoń do pocałunku jak biskup. Ja nie wiem jak ten biskup to robi, ale ja nie widzę w tym nic dziwnego. Duża mówi, że mogłaby nas zjeść, więc żeby czasami jednak nie próbowała tego zrobić, daję jej się wycałować, bo chyba to trochę ją syci i wtedy już tak nie mówi. Wolałbym, żeby nas nie zjadła, wystawiam więc tę rączkę. Co prawda robię to w innym celu – żeby złapać, mocno, pociągnąć albo uszczypnąć. Duzi chyba zauważyli, że dla mnie najlepszą zabawą jest uszczypnąć, trzasnąć i pociągnąć.
Acha, jeszcze wsadzić Dużemu palec w nos. Filipek też lubi, bo Duży wtedy tak śmiesznie parska i z oczu mu woda leci.
Śmieje się przy tym, więc rozumiemy, że go to nie boli i możemy tak robić częściej. No więc, wystawiam rączkę, a czasami dwie,
w nadziei, że się Duży lub Duża pochylą, żeby pocałować moją dłoń biskupa, a wtedy będę mógł za te włosssssy tak mocno pociągnąć i szarpnąć. Czy to moja wina, że oni bardzo śmiesznie na to ciągnięcie reagują? Śmieją się, więc zakładam, że wszystko gra.
Kiedyś złapię w obie dłonie i podciągnę się do siadania- myślę, że będzie to lepsza zabawa, niż podciąganie się na szczebelkach.

Właśnie! Ja już potrafię sam usiąść, wsadzić nóżki między szczebelki i mogę sobie spokojnie gadać z Filipkiem, który jest w łóżeczku obok. Powiem Wam, że naprawdę nam się to podoba. Filipek na razie nie umie, ale stwierdził, że spoko wodza, on im wszystkim jeszcze pokaże.

Ja wystawiam dłonie jak biskup a Filipek, to podobno jakimś baletmiszczem będzie. Bo jak Duża się z nim bawi  w atak zombi, czyli gryzienie, gdzie popadnie, to on wystawia stópki do gryzienia jak jakiś baletmiszcz właśnie. Podobno z jakąś Gracją to robi. Ja tam nie widziałem nigdy żadnej Gracji, zawsze jesteśmy sami w tych zabawach, tylko my, nasi Duzi albo babcie i dziadki, ale żadna obca Gracja się wtedy nie pojawia. Pewnie Duża coś myli, z niewyspania, bo nadal nie lubi spać.
Kiedy bym się nie obudził gdy jest ciemno- ona już nade mną stoi. Z butelką. Wyszkolona, co? 

Co do tego nowego roku – podobno przespaliśmy jakieś fajnewerki, a Duzi byli czujni, żeby w razie czego nas ratować. Ale od czego? Od kilku dni obserwujemy wszystko, żeby zobaczyć jak wygląda ten nowy rok i co przegapiliśmy, ale żadnej większej zmiany nie widzimy. Filipek mówi, że może chodzi o to, że wystawiają mebelki z pokoju, w którym spędzamy dnie. Bo najpierw zniknął fotel, pojawiła się choinka, potem wrócił fotel a choinki nie ma. A teraz nagle rozpłynęło się w powietrzu takie coś, co nazywają ławą. Duzi mówią, że zrobili więcej miejsca dla nas, na podłodze, żebyśmy mieli więcej jakiejś przestrzeni. Ale nam się wydaje, że oni po prostu chyba chcieli coś zmienić, bo często mówili, że jest troszkę za mało miejsca, że trzeba tak zrobić, żeby było bezpiecznie. Duży mówi, że trzeba zabezpieczyć jakieś końtakty, rogi i kominek. Ciekawe, prawda? Może chodzi o to, że Duzi psują rzeczy? Podobno Duży większość szklanek w domu zepsuł, a Duża to nawet laptokiem jakimś rzuciła i też się zepsuł. Pewnie właśnie o to chodzi, że już za dużo rzeczy zepsuli i chcą to, co jeszcze działa, zabezpieczyć. Podobno to jest jakieś bechape coś tam. Filip mówi, że on ma jednak podejrzenie, że to bechape, to dla nas jest, bo Duża coś powiedziała takiego, że muszą się upewnić, że sobie krzywdy nie zrobimy. Ale czym? Zepsutym laptokiem, czy szklanką? Niech oni lepiej sami na siebie uważają. My sobie poradzimy. Tym bardziej, że ciagle z nami są. Dzisiaj na ten przykład, siedzieliśmy w kuchni…. na podłodze! Było zupełnie inaczej niż zwykle, bo mogliśmy z Filipem walić zabawkami w podłogę i tak głośno i fajnie było! A jak rzuciłem zabawkę, to Duża trzymając mnie, tak śmiesznie się wyginała i mi ją podawała. Więc rzucałem coraz dalej. A ona dalej podawała. Ciekawe co by zrobiła, jakbym rzucił tak zupeeeeełnie daleko? Ale by się wygła, co?

Nauczyłem się tej zabawy w „nie ma mateusza tu jest!” – Duzi się ze mną tak bawili, że mi buzię zasłaniali i mówili, że nie ma mateusza a za chwilę, że tu jest. Ale jak mam czekać, aż zaczną się ze mną bawić, to wolałem sam zacząć. Gdy była ostatnio Babcia Jasna, to zacząłem ją zaczepiać i wyobraźcie sobie – podziałało! Wychodzi na to, że Duzi zaczynają nas rozumieć coraz lepiej, w każdym razie Babcie. Nasi Duzi też rozwijają się, w całkiem niezłym tempie, muszę powiedzieć.

A dzisiaj była u nas Babcia Ciemna i też było fajnie, opowiadała nam różne rzeczy. Dostaliśmy do spróbowania ziemniaczka ale z jakimś czymś, bo inaczej smakował. Dużo nie dali tego, ale nie narzekałem, bo byłem właśnie po obiadku. Filipkowi nieszczególnie to smakowało, ale on jest dość wybredny czasami. Woli, żeby Duzi jednak starali się go zaskakiwać i dawać same pyszności. Ja tam jem wszystko, bo nigdy nie wiadomo, czy kiedyś nam nie powiedzą, że sami musimy sobie jedzonko zorganizować. Lipa by była, co?

Babcia Ciemna nas nosiła, przytulała, było całkiem miło, ale byliśmy troszkę zmęczeni i nas uśpili. Powiem Wam, że przyjemnie mi się zasypiało słuchając jak Babcia rozmawiała z Dużymi. Rozmawiali po cichu, ale ja i tak wszystko usłyszałem  i w swoim czasie wykorzystam!

Tymczasem pozdrawiam Was serdecznie, od Filipka też. On dzisiaj nie miał chęci nic powiedzieć, bo znowu mu chyba jakiś ząb idzie i szybko poszedł spać. Ostatnio mniej mówimy, bo naprawdę zajęci byliśmy, ale poprawimy się. Już nasza Duża o to zadba!

Podobno jesteśmy gadułami po ojcu. :)

Teraz już uciekam spać, bo muszę się dwa razy na jedzenie obudzić, inaczej Duzi spędzą noc nie śpiąc  na marne. Pa!!

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Maść na porost zębów, święta i gościna, czyli płacz i zgrzytanie dziąseł…

26 gru

Mam nowinę! Od kilku dni ja też jestem całym pakietem! Tak jak Mateusz, mam i ja swoje dwa, zupełnie nowe zęby! I wiecie, co się okazało? Duzi chyba mają taką maść na porost zębów! Nie używali jej na Mateuszku na początku i jemu wyszedł najpierw jeden ząbek, a po jakimś czasie, gdy zaczęli mu smarować dziąsełka, to wyszedł drugi. I myśleliśmy, że to się nie łączy. Ale okazuje się, że jednak tak! Bo oni tę maść dawali mi od początku, jak już mnie bolały dziąsła i co? I od razu oba zęby wyszły, za jednym zamachem! Mateusz stwierdził, że widocznie nie wiedzieli, że istnieje taka maść na porost zębów i że teraz, jak już nam smarują, to pewnie wyjdzie nam wszystko, co ma wyjść. Pytanie tylko, ile tego będzie, bo jak tak ma boleć za każdym razem, to ja się z tego interesu wypisuję! Nie tak się umawialiśmy, nie tak miało być. Miało być pięknie, ciekawie i bezboleśnie. No, ale poczekamy, zobaczymy. Najwyżej odmówimy przyjmowania tej maści, niech sobie ją sami biorą.

Były święta, nie wiem czy u Was też. Święta, to takie coś, że co chwilę ktoś przychodzi, jest dużo jedzenia, którego nam nie wolno jeść, jest ta cała choinka i jest cały czas głośno. Choinka jest fajna, nie powiem. Okazało się, że ma dużo kolorów, światełek i jednak nikt nas pod nią nie sadzał, więc z tym źle nie było. Ale niestety nie pozwolono nam ciągnąć kolorowych dyndadełek, a byłoby naprawdę wesoło, jakby się wszystko przewróciło, prawda? Mateusz miał taki pomysł i próbował to zrobić, ale niestety – Duzi byli czujni. No, ale może w następne święta się uda! Bo podobno takie święta są częściej, nie tylko raz. Jeszcze przyjdzie czas na upadającą choinkę!

Z okazji tych świąt, byliśmy na czymś, co Duzi nazywają Wygilają. To nie było dla nas zbyt ciekawe przeżycie, przynajmniej na początku nam się tak wydawało. Było tam wielu różnych Dużych, mniejszych i większych i wszyscy na nas patrzyli i do nas mówili – w tej samej chwili. No i nasz Duży stwierdził, że nie unieśliśmy ciężaru sławy. Szczególnie ja. Zniosłem, jak robili to swoje zdjęcie rodzinne i jeszcze jak chodzili wokół nas i mówili, że życzę wam zdrowia, szczęścia i czego tam jeszcze. To było w porządku, ale jak się okazało, że jeszcze nie wracamy do domku, to nie zdzierżyłem. Duża mówi, że tak jeszcze się nie darłem. Ale co ja miałem zrobić, jak gdy prosiłem po dobroci, to mnie do domku nie zabrali? Mateusz podobno nieco dłużej się trzymał, ale w końcu mnie usłyszał i dołączył  - wierny brat. No i dopięliśmy swego, wróciliśmy do domu. Duzi powiedzieli, że to była najkrótsza Wygilaja świata. Śmiali się, zadowoleni byli – pewnie też nie unieśli ciężaru sławy i chcieli iść do domku. Jak już wróciliśmy, to nam się od razu humory poprawiły i wtedy zaczęliśmy Dużym opowiadać, jaka fajna impreza była, bo w sumie potem stwierdziliśmy, że nie było aż tak źle i nie wiemy w sumie, dlaczego płakaliśmy. Opowiadałem Dużej, że bardzo mi się podobała ta choinka u Babci Ciemnej, że mnie śmieszyła taka mniejsza Duża, co mnie głaskała po nóżce i inni Duzi, ale ona nie brała tego poważnie, bo się tylko śmiała, że tak, teraz to mi się impreza podobała, bo wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma.

Po tej Wygilaji poszliśmy spać, długo nie mogliśmy usnąć, bo jeszcze nam się przypominały różne rzeczy i musieliśmy pogadać. Na drugi dzień za to już nie szliśmy nigdzie, ale co chwilę ktoś przychodził do nas. Były babcie, dziadki, inni Duzi, co się ciocia i wujek nazywa i dzisiaj też tak było. Bardzo dużo tych gości było i wiecie co? Podobało nam się. Już nas nic nie denerwowało i całkiem nieźle się bawiliśmy. Jedno nam się tylko nie podoba. Duzi mieli bardzo ciekawe, inne jedzonko i nic nam nie dali! Nic a nic! Tylko nasze normalne jedzenie. Ja się zbuntowałem i nie zjadłem buraka, bo mi nie smakuje. Plułem jak się dało i Duża się poddała w końcu. Najwyraźniej plucie ją wykańcza, trzeba to zapamiętać! Ale Babcia Jasna dała nam coś, co się nazywa kość z indyka – ciumkaliśmy sobie, podobno bardziej niż gryzaki. Fakt- bardzo nam pomagało na swędzenie dziąseł. Naprawdę nam to pasowało. Duzi się śmiali, że obiadku nie dostaliśmy, tylko kość, ale nie wiem co w tym śmiesznego. Te kości były fajne i chętnie jeszcze sobie je pociumkamy. Niestety zabrali nam je i już nie oddali. Ciekawe, nie? Gryzaki zabierają na chwilę i zaraz oddają. A kość – jak zabrali, tak nie wróciła. Pewnie sami sobie zabrali, żeby pociumkać, cwaniaki.

Ogólnie stwierdziliśmy z Mateuszkiem, że święta nie są takie złe, jak na początku myśleliśmy. Było wesoło, kolorowo i pachniało ciekawie, inaczej, człowiek kość dostał. Nie ma na co narzekać.

I nie wierzcie, że był płacz i zgrzytanie dziąseł – to pomówienia!

Wesołych wszystkim! :)

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Pirania, koństernacja, ziemniaki i dziadki, czyli kto kogo ma…

19 gru

Podobno jestem piranią. Tak powiedziała Duża, że wystarczy podać palec i już go nie będzie, bo ogryzę w sekundę. A ja myślałem, że jestem Mateuszkiem. Ale wiecie jak jest z Dużymi – oni co chwilę zmieniają nasze naimie. Chociaż faktycznie, lubię używać moich dwóch, mega wypasionych (tak mówi Duży), zębów. Bóóóójcie się ahahahahaaa! Ostatnio lubię udawać groźnego a Duzi chyba tego nie rozumieją, bo ciągle mówią do mnie: „ooo taki masz kaszelek? To wszystko przez te papierosy” – i potem się śmieją. Czemu jakieś papierosy są śmieszne i dlaczego mówią, że mam kaszelek? Ja próbuję być groźny! A Duża, nawet Babcia Jasna, się uśmiecha i mówi, że wszystkie dzieci uczą się sztucznego kaszlu i potem go pokazują. I weź tu ich wystrasz… No nie da się. A ja gadałem ostatnio z Filipeuszem, że może jak zaczniemy ich troszkę straszyć, to będą nam więcej tych dobrych rzeczy dawać: kaaaszki, japka, gruszki i bananę. I Filipek nauczył się też tych groźnych dźwięków, na które Duzi mówią, że kaszelek. Ja już naprawdę nie mam do nich sił. Może mi podpowiecie, jak wymusić na nich większe ilości dobrych rzeczy zamiast na przykład mleka i obiadku? Chociaż, obiadki też lubimy, w sumie nie są takie złe. Zwłaszcza coś , co się nazywa dyń.

Podobno umiemy pokazać buziami jakąś koństernację. Duży czasami ziewa, my też umiemy, tak w ogóle. Ale Duży tak to robi, że patrzymy na niego i chce nam się śmiać, ale nie wiemy, czy można bo może zacznie płakać? I podobno wtedy mamy koństernację na buźkach. Ja tam nic nie mam na buzi, czasami zdarzy się, że mam obiadek albo  deserek na buzi, ale nie wierzcie, że często. Bo Duzi mówią, że jak jemy to zawsze jest obraznędzy i rospaczy - ale to są pomówienia, bo ja żądnego obraznędza i rospaczy nie mam. Czasami zdarzy się, że jedzonko znajdzie się nie tam, gdzie powinno, ale czy to moja wina, że jest tak śmiesznie jak Duża ma obiadek na nosie albo na firanie? My lubimy z Filipkiem dobrą zabawę! Czas chyba, żeby Duzi to zauwazyli, no nie?

Pamiętacie, jak Filipek chciał nasikać Dużemu w buty, bo Koty tak zrobił? Koty, nie wiemy, który ale chyba TaśTaś zwany Jaskierem, nasikał do ziemniaków. Ziemniaki to takie coś, co nam też dają na obiadki i Duża podobno musiała wyrzucić całą siatkę, bo się nic już z nimi nie da zrobić. Śmiesznie, co? Filip powiedział, że jak już się nauczy, to ma dwa miejsca, w które można nasikać, jakby nam Duzi podpadli. Ciekawe, czy Koty nasikał bo mu podpadli, czy tak po prostu bo miał taki pomysł. Muszę go o to zapytać. Swoją drogą, będę musiał chyba poważnie porozmawiać z Koty, bo my lubimy ziemniaki. Czy ja jemu sikam w jego groszki? Otóż nie. Jeszcze nie, w każdym razie… No, ale może miał ważny powód. Zanim z nim pogadam, spróbuję się najpierw czegoś dowiedzieć.

Nie wiem, czy wiecie, ale chyba już mówiliśmy, że my mamy dziadków. Dziadek to taki Duży, co pojawia się rzadziej, niż nasi Duzi, ale też jest fajny. I mamy takie dwa! Jeden dziadek ma włosy na buzi, ale nie dał mi jeszcze ich pociągnąć. Chyba Duża mu powiedziała, że ma uważać, bo ja silny jestem – tak podsłuchałem. No i dziadek z włosami na buzi uważa. Dodiaska! A drugi dziadek nie ma włosów na buzi, ale to nic, bo ma na główce i zamierzam się z nimi zapoznać. Zresztą oba nasze dwa dziadki mają włosy na głowie, więc może być wesoło. Oni nas też fajnie rozśmieszają, jeden to mnie nawet bujał przed szczypieniem, prawie usnąłem wtedy. I było wesoło, bo mi pokazywał palce i mówił „jeden, dwa, trzy..” – nie wiem, o co dokładnie chodziło, ale chyba się chwalił, że ma paluszki. No to mu pokazałem piąstkę! Bo ja też mam i się nie chwalę, o!

A dziadek bez włosów na buzi był dzisiaj u nas całkiem długo z Babcią Jasną. Musiałem się do niego przyzwyczaić, ale poszło gładko. Bo też chyba lubi dobrą zabawę i dużo do nas mówi. W ogóle zauważyłem, że nasi Duzi mówią do nas często, czasami niezrozumiale, czasami nas nie rozumieją, ale nie poddają się. Ten dziadek to podobno robi dla nas masełko, które mamy w obiadku. No ja tam nie wiem, ale podobno masełko jest dobre, zdrowe i w ogóle same słowa, których nie rozumiem. No, ale skoro robi to dla nas, to znaczy, że chyba jest miły, prawda?

I teraz jest temat: bo oni mówią często: „odkąd ich mamy, życie jest ciekawsze”, albo inne rzeczy mówią, ale często właśnie pada to: „mamy ich”. I chyba musimy z nimi pogadać, bo Duzi, zdaje się, czegoś nie rozumieją. Otóż, to nie oni mają nas, ale my mamy ich. I odkąd ich mamy, nasze życie jest faktycznie coraz ciekawsze. Może to mało ważne, ale mi się wydaje, że jednak należy to wyprostować. Bo to my mamy Dużych, Babcie obie i dwa dziadki. I fajnie nam z tym w sumie, że ich mamy, bo całkiem przyjemni są, nie powiem.

A czy mówiłem, że umiem siadać? Nie? To mówię: umiem siadać! Jeszcze mi nie pozwalają na długo, bo podobno jeszcze mogę się przewracać, ale jest to bardzo ciekawa czynność, to siadanie. Nasapię się mocno i namęczę, ale mnie się podoba. Tylko jak mnie potem Duża odkłada na plecki, to normalnie mnie coś trafia. I muszę się wydrzeć. Podobno wtedy trochę straszę Filipka, ale to nieprawda. Filip po prostu też nie chce leżeć. Mogliby się ci Duzi lepiej ogarnąć i pozwalać nam siedzieć cały czas. To, że oni tak lubią ciągle chodzić, stać, bujać nas, nosić nas i skakać wokół nas, nie oznacza wcale, że inni (znaczy my), nie lubią po prostu sobie posiedzieć. Prawda?

Na dziś to chyba już wszystko, czas iść spać. Nawet sobie ziewłem, ale Duzi jakoś koństernacji na buziach nie mają. Dziwne… czy to działa tylko w jedną stronę? Nie mam już dzisiaj siły się nad tym zastanawiać. Pomyślę o tym jutro.

Dobranoc, i pchłynanoc, jak mawia Duża. :)

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii