RSS
 

Notki z tagiem ‘wychowanie. rodzicielstwo’

Fura, kura i komóra, czyli co się zmieści w rączkach i co nie mieści się w głowie…

03 mar

Pół roku minęło! Pół roku! (tak twierdzi Duża)  Tak właśnie się dzieje, gdy człowiek zajęty. Wierzcie mi, lub nie, ale jesteśmy bardzo zajętymi Fircykami.

Otóż, pominę już fakt, że teraz nie chodzimy. Teraz biegamy, skaczemy, tańczymy. A najbardziej to lubimy wchodzić wysoko, najwyżej. Duża mówi, że jakby się dało, wisielibyśmy na lampie. No cóż… jakby pomogła, czemu nie.
Z racji, że tak bardzo lubimy poznawać wysokości, Duzi stali się bardzo monotematyczni i lekko zetsresowani, ciągle boją się, że im coś zepsujemy. „Mati, nie skacz na główkę na kominek!”, „Filipo, zejdź  z szafki i nie zrywaj telewizora ze ściany, bo nie będzie bajki”, „Nie goń kota!”, „zejdź ze stołu” i takie ciągle nam rzucają teksty. A my przecież nic takiego nie robimy. Że człowiek czasami się potknie i może wpaść na ten ich kamienny kominek? No też coś. Przecież od razu im się nie zepsuje! To, że poobijaliśmy troszkę ściany pchając nasze łóżeczka, które teraz są kojcami, to nie znaczy, że wszystko od razu im obijemy. Poza tym, bądźmy szczerzy – słabe mają te ściany, serio. No i nie moja wina, że tak fajnie się ciągnie firanę i zrywa tę lamówkę, co ją babcia przyszyła… już czterdziesty raz.
Mimo, że tak ciągle nam wszystkiego zakazują, to jednak fajnie jest móc wszędzie wejść. Oczywiście Duży musiał nam nieco utrudnić sprawę. Pozakładał więc jakieś takie zabezpieczenia czy coś. No i zdziwił się. Bo Mateuszowi zajęło co prawda nie jedną ale dwadzieścia sekund, żeby rozpracować jak to się otwiera. Po czym stwierdziliśmy, że co będziemy się męczyć otwieraniem- pozrywa się to z mebli po prostu i tyle.
I pozrywaliśmy. .

Duzi się nie zdenerwowali aż tak, jak mogli, alele niestety teraz nie pozwalają nam wchodzić do kuchni. To jest wina Mateusza, bo owszem, zabezpieczenia pozrywaliśmy razem, ale to on właził na szafkę w kuchni. Ja tylko patrzyłem i się śmiałem. No chyba to nie jest zabronione, co?! I tak kuchnia stała się całkowicie nielegalna. Podobno Duzi boją się o swoje noże i garnki i talerze. Zastawili kuchnię barierką i koniec.
Poza jednym wyjątkiem – pozwalają nam wynosić śmieci do śmietnika. A skoro to jedyny moment, w którym możemy być w kuchni, to zbieramy każdego śmiećka jakiego znajdziemy i zanosimy. A jak nie znajdziemy nic…to sami je produkujemy. Co to za problem podrzeć chusteczkę i potem się pożalić, że „oooo śmieć” i już się Duzi cieszą, że my tacy porządni i śmieci zbieramy. Przy okazji można podprowadzić szufelkę, albo miotełkę, albo dużą miotłę, albo rozwalić karmę kota na całą podłogę. I wtedy się zbiera te groszki i znowu się sprząta. Jesteśmy naprawdę dobrze wychowani – lubimy sprzątać. ;) A kuchnia jak nielegalna, tak nielegalna…

Jak już mówiłem, wszędzie wejdziemy, nie zawsze dobrze się to kończy, bo raz utknąłem pod łóżeczkiem i musieli mnie ratować, ale co tam, uratowali, więc nie narzekam.

Po schodach też już wchodzimy i schodzimy. Muszą nas Duzi pilnować, babcie też, ale jednak wchodzimy sami, na własnych prywatnych nóżkach. I codziennie na drzemkę wchodzimy po tych schodach, do spania na noc, albo w ogóle jak idziemy sobie grandzić na górze. No i jest codziennie lekka afera albo zdziwienie. Bo Mateuszek to sobie wchodzi tak po prostu, jak stoi. A ja zawsze zbieram cały swój dobytek, czyli: rękawiczki skórzane Babci, skorupka ślimaka, komórka (chyba zepsuta, ale nie jestem pewien), pluszowa żaba i pokrowiec na wózek. Czy to moja wina, że tak wielu rzeczy się dorobiłem i bez żadnej z nich nie mogę żyć i absolutnie nie usnę?

Co prawda ślimaka mi ostatnio zabierają, podobno boją się, że mnie zje, albo że ja go zjem – nie jestem pewien do końca. Ale spokojnie, mam kieszonki w spodniach!  Mati mówi, że się przeszpulkuje, jednego z ogrodu, jak nie będą widzieć. Mama mówi, że ja dostanę jakiegoś przyskurczu, rączki, bo wszystko chwytam dwoma palcami – reszta trzyma ślimaka. Ważne, że chwytam, niech ona martwi się lepiej o swoje przyskurcze, a ja sobie poradzę. Jakoś nigdy nie widziałem, żeby szła po schodach trzymając żabę, ślimaka, pokrowiec, dwie rękawiczki i komórkę. Jak się nauczy, to pogadamy.

Dawno nic nie opowiadałem, więc ominęło Was coś ważnego! Poznaliśmy osobiście Śniega. Śnieg jest ładny, biały i robi bałwany. I inne rzeczy też, bo na przykład przyjemnie skrzypie pod butami. No i dzięki Śniegowi dostaliśmy też nową furę. Tata mówi, że to są sanki dwuosobowe. I powiem Wam, że naprawdę nam się podobają. Siedzi sobie człowiek wygodnie, nie w wózku, jedzie po dzielni, ciągną go znaczy, bo przecież sam nie będzie pchał. Idealnie! Ale co z tego, jak trwało to krótko?  Podobno te sanki  jadą tylko po śniegu i na trawie czy chodniku by nie dały rady. Ale Mati mówi, że pewnie Duzi ściemniają, bo im się ciągnąć nie chce. Bo jakoś nigdy nam nie pokazali, że naprawdę się nie da. A nam się tak podobała jazda na sankach! I śmiesznie było, jak na przejściu dla pierwszych podnosili sanki i nas przenosili – wtedy byliśmy wysoko! A my lubimy być wysoko. W każdym razie, musimy ich namówić (albo zmusić), żeby pojeździli z nami tymi sankami latem, jak będzie ciepło. Powinno być ciekawie, no nie?

Wspomniałem już, że mam swoją komórkę. Otóż Duża specjalnie dla mnie wyszukała gdzieś komórkę, taką fajną, z guziczkami, posklejaną  jakąś taśmą czy czymś. I ja sobie chodzę i dzwonię do Babci, albo do mamy, albo do taty. I się z tą komórką nie rozstaję. Bo z tego, co zauważyłem na świecie – komórki chyba są bardzo ważne. Wiele osób na spacerach zamiast patrzeć na niebo, albo autobusy to patrzy na swoje komórki. I tak myślimy z Matim, że skoro nawet autobusy ich nie kręcą, to znaczy, coś w tych komórkach musi być! Na razie nie wiemy, co.  Znaczy, te komórki, co Duzi mają, to faktycznie ciekawe są… bo zakazane. Ale te inne? Trzeba zbadać sprawę.

Tak apropopo „mama, tata”, to już wiemy, jak unikać groźnego spojrzenia Dużych. Jak nas pytają, kto zepsuł szafkę, zjadł kotu jedzenie, albo ukradł pilota do telewizora, to wystarczy powiedzieć, że Tata i już jest spokój. Bo z jakiegoś powodu wszyscy się śmieją. Doszliśmy zatem z Matim do wniosku, że Tacie wszystko wybaczą i teraz na niego zrzucamy winę za co się da. Nawet za kupy w pieluszce. A co, jak działa, po co to zmieniać?

Wiecie, co poza moim dobytkiem, który noszę w rączkach, lubię najbardziej? Kury! Kura to takie fajne zwierzę, w każdej książeczce jest prawie i fajnie gada. Mama mówi, że gdacze. Ale nie gdacze, tylko gada. Coś się tej Dużej myli chyba. No więc kury są naprawdę świetne, polecam! I na żywo też niczego sobie. Wiem, bo byłem na wsi i poznałem kurę. Może kiedyś Duża da mi jakąś, kto wie. Dała w końcu Matiemu grabie, bo lubi, to może i mnie da kurę? Pogadacie z nią? Może Was posłucha…

No, muszę już kończyć. Duża powiedziała, że czas bajek minął. Czytanie bajek w wykonaniu  Dużych polega na tym, że my pokazujemy obrazki, a oni je nazywają. Nie namęczą się co? Całą robotę musimy my wykonać, bo przewracanie stron, skubanie okładek, pokazywanie księżyca i zegara i innych cudów, a oni tylko siedzą, uśmiechają się i nazywają i coś tam opowiadają. No, ale lubią to chyba, więc niech im będzie, czytamy z nimi te książeczki. W końcu to Duża pozwala nam grać na gitarze przed snem. Podobno jesteśmy w tym coraz lepsi, bo sąsiedzi już nie skrzeczą, że fałsze jakieś odchodzą. Ale chyba się coś Dużym pomyliło, bo nikt do nas nigdy na nasze granie nie narzekał. Może oni grać jednak nie umieją… kto wie. Bo czytać, to oni na pewno nie potrafią. Nie tak jak Babcia Inka i Babcia Atka na przykład, które nie muszą mieć obrazków, żeby bajki nam czytać. Wystarczy, że jemy obiadek i już nam czytają bajki z głowy. A my wcale nie musimy nic robić. No, ale tak jak mówiłem, skoro Duzi tak lubią… niech tak mają. Trzeba być miłym, bo oni rządzą w kuchni. A kuchnia jest taka ciekawa… taka ciekawa, że to się po prostu w głowie nie mieści!

Pa!

 

 

 

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bliźniaki